
23 stycznia 2021 r. dziesiątki tysięcy ludzi wyszły na ulice rosyjskich miast w geście solidarności z aresztowanym po powrocie do Moskwy opozycjonistą Aleksiejem Nawalnym. Była to największa od wielu lat nieuzgodniona z władzami manifestacja protestacyjna. Kolejny marsz opozycji odbył się tydzień później, 31 stycznia, i wydawało się, że powtórzy sukces poprzedniej akcji. Jednak już wtedy stało się jasne, że protest traci impet. Reżim nie tylko nie ustąpił, ale także zaczął jeszcze bardziej zaciskać śrubę. Czy mogło być inaczej?
Aby to zrozumieć, należy zastanowić się, dlaczego Nawalny wrócił do Rosji, na co liczył i czego nie był w stanie przewidzieć.
Na miesiąc przed śmiercią opozycjonisty, w styczniu 2024 roku, w jego imieniu opublikowano w mediach społecznościowych post, w którym napisano:
“Mam swój kraj i swoje przekonania. Nie chcę rezygnować ani z kraju, ani z przekonań. Nie mogę zdradzić ani jednego, ani drugiego. Jeśli twoje przekonania są coś warte, musisz być gotowy, aby za nie walczyć. A jeśli trzeba, ponieść pewne ofiary.
<…>
Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy, którzy obecnie nie siedzą w więzieniach, nie mają przekonań. Każdy płaci swoją cenę. Dla wielu jest ona bardzo wysoka, nawet bez więzienia.
Brałem udział w wyborach i ubiegałem się o pozycję lidera. Od mnie wymaga się czegoś innego. Objechałem cały kraj i wszędzie ogłaszałem ze sceny: „Obiecuję, że was nie zawiodę, nie oszukam i nie porzucę”. Po powrocie dotrzymałem obietnicy złożonej moim wyborcom. W końcu w Rosji muszą pojawić się ludzie, którzy nie okłamują ich”.
Nawet jeśli przyjąć założenie, że ten post jest wiernym odzwierciedleniem słów Nawalnego, czy należy traktować go jako dowód braku ukrytych motywów polityka? Nie sądzę.
Sam opozycjonista wyjaśnia, że szczegółowa odpowiedź na pytanie „Dlaczego wróciłeś?” była potrzebna, ponieważ wielu nadal wierzyło w zmowę lub tajny plan jednej z wież Kremla. Zgadzam się, że nie było żadnych zmów ani tajnych planów kremlowskich wież. Nie zgadzam się jednak z tym, że Nawalny wrócił tylko po to, aby trafić do więzienia.
Nawalny walczył o władzę i był politykiem publicznym, a nie dysydentem.
Niestety, temat powrotu Nawalnego do Moskwy nadal pozostaje owiany mgłą tajemniczości. Zamiast poddać ten fatalny krok wnikliwej analizie i krytycznej refleksji, byli współpracownicy Nawalnego nadal mnożą bzdury. W rocznicę tego wydarzenia, 17 stycznia, Leonid Wołkow poświęcił powrotowi kolejny post, który niczego nie wyjaśnia:
„Bo nie mógł inaczej. Bo taki właśnie był. Wyjątkowy.
To właśnie czyniło go Aleksiejem Nawalnym – politykiem, który sam siebie stworzył, który stał się liderem politycznym w kraju, w którym przez dziesięciolecia wszystko, co polityczne, było niszczone.
Boli mnie i smuci, gdy co roku w tym dniu czytam lamenty na temat „jak to możliwe, że go nie zatrzymali” – jakby istniała na świecie siła, która mogła go zatrzymać. Za każdym razem denerwuję się, gdy widzę coś takiego, a potem myślę: po co się denerwować; po prostu ludzie oceniają według siebie, ze swoich życiowych pozycji.
A Nawalny myślał zupełnie innymi kategoriami.
Zupełnie inną skalą”.
Politolodzy Ekaterina Shulman już po śmierci Nawalnego zdecydowała się wykorzystać motyw ofiary. Co więcej — ofiary o biblijnym rozmachu:
„Ceną swojej ofiary i śmierci Aleksiej Nawalny wykupił nas wszystkich od tej hańby, która jest gorsza od śmierci. I teraz żadna zasycona europejska… osobistość nie może już nam powiedzieć: „Przecież wy to wszystko popieracie, przecież wam to wszystko naprawdę się podoba”.
Warto wyjaśnić, że pod „tą hańbą” i „tym wszystkim” Szulman, sądząc po kontekście jej wystąpienia w programie „Status”, miała na myśli agresję Rosji wobec Ukrainy. Ale Nawalny – nawet jeśli przyjąć, że poświęcił się – wrócił do Moskwy ponad rok przed pełną inwazją.
Istnieje też, przeciwnie, skrajnie przyziemna wersja bliskiego Kremlowi „liberała” Aleksieja Wenediktowa, który stwierdził, że Nawalny został zwabiony z powrotem do Moskwy przez służby specjalne. Co więcej, opozycjonistę do powrotu przekonał rzekomo agent FSB, który przeniknął do najbliższego otoczenia polityka.
W końcu pojawiły się też informacje z pro-rządowych źródeł, które bezpośrednio przypisywały wspomnianemu już Wołkowowi kluczową rolę w przekonaniu Nawalnego. Jakby to właśnie on namówił polityka do powrotu.
Brakowało jednak najważniejszego. Przekonującego motywu, który skłonił Nawalnego do podjęcia niebezpiecznej podróży w jedną stronę.
Socjolog Igor Eidman jest chyba jednym z nielicznych, którzy twierdzą, że powrót Nawalnego miał racjonalne motywy:
„Aleksiej zaryzykował wszystko, stawiając na szali swoje życie. Oczywiście miał nadzieję na zwycięstwo, ale nie mógł nie zdawać sobie sprawy z ryzyka. Jednak przecenił swoje siły i wpływy, skuteczność wsparcia na świecie i nie docenił stopnia bezlitosności reżimu Putina.
Był całkowicie racjonalnym człowiekiem, ale popełnił błąd: politycy odnoszący sukcesy często przeceniają swoje siły”.
I właśnie o tej przecenianiu swoich – i nie tylko – sił przez Nawalnego chciałbym pomyśleć bardziej szczegółowo. Jednocześnie warto zrozumieć, dlaczego Nawalny wrócił do Rosji właśnie zimą 2021 roku.
W tym miejscu należy przypomnieć wcześniejsze wydarzenia. Nawalny został otruty trucizną „Nowiczok” w sierpniu 2020 roku. Administracja szpitala w Omsku, do którego przewieziono opozycjonistę, próbowała ukryć objawy zatrucia.
Międzynarodowy rozgłos pomógł zwolennikom Aleksieja doprowadzić do jego transportu do Niemiec. Tam opozycjonista wyszedł ze śpiączki i przeszedł rehabilitację.
W grudniu 2020 roku miało miejsce kilka ważnych wydarzeń.
Lekarze z berlińskiej kliniki „Charité” publikują swój raport w czasopiśmie naukowym „The Lancet”, potwierdzając wersję o użyciu „Nowiczka”.
Grupa dziennikarzy śledczych tropi trucicieli z FSB, a Nawalny udaje się nawet dodzwonić do jednego z nich, Konstantina Kudriavtseva, podając się za asystenta sekretarza Rady Bezpieczeństwa Narodowego i byłego dyrektora FSB Nikolaja Patrusheva i wyciągając od Kudriavtseva przyznanie się do wysłania trucizny.
W tym samym czasie na ostatnią prostą wkroczyły zdjęcia do filmu śledczego FBK „Pałac dla Putina. Historia największej łapówki”, poświęconego prezydentowi Federacji Rosyjskiej i luksusowym „prezentom” od otaczających go oligarchów.
Równolegle okazuje się, że organy ścigania RFN zamierzają zignorować wszystkie dowody otrucia Nawalnego bojową trucizną. 15 stycznia 2021 r. przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości RFN potwierdził, że resort odpowiedział na wszystkie wnioski Rosji, przekazując między innymi „próbki krwi, tkanki i odzieży Nawalnego”.
Dlaczego cały ten kontekst jest tak ważny? Ponieważ kilka wydarzeń zbiegło się w jednym punkcie.
Jednak najważniejszym wydarzeniem łączącym wszystkie wymienione elementy jest dosłowne odtworzenie archetypowego mitu. Bohater, który rzucił wyzwanie złoczyńcy, przeżył śmierć i faktycznie powrócił z zaświatów. W jakim celu? Oczywiście po to, aby stoczyć ostatnią i decydującą walkę ze złem. Tylko nowa runda mogła zagwarantować niezmienne – a nawet zwiększone – zainteresowanie opinii publicznej.
Tak więc początek 2021 roku był najbardziej odpowiednim momentem do ataku na reżim. Później efekt ten tylko by słabł.
Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby Nawalny nie powrócił w styczniu 2021 roku. Opublikowałby dochodzenie dotyczące pałacu Putina. Nadal by demaskował i piętnował. Ale w pewnym momencie – za pół roku, rok – Aleksiej Nawalny nieuchronnie zostałby postrzegany jako drugi Michaił Chodorkowski. A nawet jako drugi Garry Kasparow.
W przypadku Chodorkowskiego konkurencja de facto już istniała. Zarówno „Sztaby Nawalnego”, jak i „Otwarta Rosja” grały na tym samym polu, próbując wpływać na wybory w rosyjskich regionach. Gdyby Nawalny pozostał na Zachodzie, nieuchronnie doprowadziłoby to do konkurencji o zasoby.
Oczywiście, FBK nie miało wówczas żadnych problemów z darczyńcami, w tym tymi o bardzo wysokim statusie. Jednak „Otkrytka” jako całość wyglądała jednak bardziej demokratycznie. Tymczasem regionalna sieć Nawalnego pozostawała strukturą znacznie bardziej hierarchiczną i scentralizowaną. Jedynie Nawalny, pozostający w Rosji, mógł zapewnić jej przewagę.
To właśnie Nawalny był swoim głównym atutem. Polityk-populista lub polityk ludowy – nazywajcie go jak chcecie, nie widzę w tym nic negatywnego ani pozytywnego, stwierdzam tylko suche fakty – mógł skutecznie (lub w skrajnym przypadku efektownie) działać tylko przebywając w Rosji. Pozbawienie bezpośredniego dostępu do odbiorców oznaczało powrót do ustawień fabrycznych. Nawalny ponownie stał się blogerem, choć bardzo prestiżowym. Tak właśnie uparcie nazywała go przez długie lata propaganda Putina.
Powrót Nawalnego na chwilę pokrzyżował Kremlowi wszystkie plany. Tak, po powrocie natychmiast wysłano go do aresztu. Ale wyemitowany zaraz potem film, zawierający na samym początku wezwanie do wyjścia na ulice, spełnił swoje zadanie.
Na ulice rosyjskich miast wyszło od 110 do 160 tysięcy osób (według ostrożnych szacunków MBH Media) lub od 250 do 300 tysięcy osób (według danych FBK).
Czy to dużo, czy mało? Biorąc pod uwagę, że protest objął 198 rosyjskich miast, liczba ta nie wydaje się aż tak duża. Pamiętając, że w Rosji mieszka aż 146 milionów ludzi, staje się to wręcz smutne.
A przecież styczniowe protesty 2021 roku objęły nie tylko zwolenników Nawalnego. Do marszów dołączyli ludzie dalecy od struktur Nawalnego. Wszystkich przyciągnęły proste i zrozumiałe hasła. Pierwotne hasło „Wolność dla Nawalnego” szybko przekształciło się w uniwersalne „Wolność dla więźniów politycznych”. Drugim ważnym czynnikiem wyzwalającym była reakcja na szalone luksusy, takie jak pozłacane szczotki toaletowe z pałacu Putina.
Ludzie wyszli na ulice oczywiście nie dlatego, że dowiedzieli się z dochodzenia czegoś zasadniczo nowego. Otrzymali jedynie potwierdzenie swoich obserwacji. I oczywiście podczas obserwacji w ludziach nagromadziło się sporo negatywnych emocji. Wystarczy przypomnieć, że jednym z bolesnych tematów tamtych lat była reforma emerytalna, podwyższająca wiek emerytalny.
Niestety, styczniowe protesty okazały się efektowne, ale nieskuteczne. Reżim przeszedł test wytrzymałościowy, pokazując, że w Rosji jest wystarczająco dużo sił bezpieczeństwa gotowych bez wahania bić pokojowych demonstrantów i po prostu tych, którzy przypadkowo znaleźli się pod gorącą ręką. A same pobicia były tylko prologiem do kolejnych represji – licznych spraw karnych i administracyjnych, a także masowych zwolnień i skreśleń z uczelni tych, którzy zostali przyłapani na sympatii do Nawalnego.
I oczywiście sam Aleksiej Nawalny nie został zwolniony. Wręcz przeciwnie, już 2 lutego 2021 r. na mocy wyroku sądu został wysłany do kolonii karnej.
Czy Nawalny miał jasny plan na tę sytuację? Moim zdaniem nie. Rozumiał, że jego powrót do Moskwy zakończy się aresztowaniem. Rozumiał jednak również, że może nie mieć kolejnej tak udanej okazji, aby zjednoczyć wokół siebie protestujących wyborców.
Być może Nawalny miał nadzieję, że presja z wewnątrz (protestujący Rosjanie) i z zewnątrz (Zachód grożący nowymi sankcjami) doprowadzi do jego uwolnienia, ale przecenił zarówno Rosjan, jak i Zachód.
Natomiast Putina – nie docenił.
Nawalny nie mógł uwierzyć, że Putin odważy się wydać rozkaz zabicia go w kolonii. Zwłaszcza po tym, jak złapano jego trucicieli, a na Nawalnego, jako politycznego więźnia numer jeden, który już przeżył nieudany zamach, zwróci uwagę Zachód.
Ale co najważniejsze, ani polityk, ani jego otoczenie nie przewidzieli czynnika, który podniósłby stawkę jeszcze wyżej. Nie przewidzieli pełnej wojny Rosji z Ukrainą.
„Wojna jednego Putina” ma efekt, który wciąż jest niedoceniany. Specjalna operacja Kremla jednym ruchem zniszczyła całą rosyjską opozycję. W nowej rosyjskiej rzeczywistości pozostały jej tylko trzy proste opcje – konformizm, więzienie lub wygnanie.
I już nic nie stało na przeszkodzie Putinowi, aby po prostu zlikwidować swojego politycznego przeciwnika, gdziekolwiek się znajdował. Nie ma już miejsca na dalsze psucie stosunków z Zachodem, poza III wojną światową. A jeśli na horyzoncie pojawi się realna umowa pokojowa, nikt już nie będzie pamiętał o śmierci głównego opozycjonisty w rosyjskiej kolonii.
Czy to oznacza, że protesty ze stycznia 2021 roku były bezsensowne? Wręcz przeciwnie.
Niektórych błędów można się pozbyć tylko metodą prób i błędów.
Styczeń 2021 roku pokazał nam szczyt możliwości ogólnorosyjskiego pokojowego protestu w Rosji. To, że był to właśnie szczyt, zostało udowodnione empirycznie. Ponad rok później, w lutym 2022 roku, nie było nic, co mogłoby się równać pod względem masowości z protestami popierającymi Nawalnego.
Ale nawet gdyby tak było, obawiam się, że finał byłby nieunikniony. Dyktatury nie da się obalić za pomocą demokracji ulicznej. Ta ostatnia sprawdza się tam, gdzie rządzący nie zdążyli jeszcze całkowicie sprywatyzować władzy. W przeciwnym razie należy być przygotowanym na to, że wyjście na ulicę zakończy się budową barykad, a w rękach zamiast plakatu znajdzie się butelka z koktajlem Mołotowa.
Przez prawie cztery lata pełnej wojny na Ukrainie nie powstał żaden ogólnorosyjski ruch, który stanowiłby jakikolwiek realny zagrożenie dla reżimu. Potrzebne są nowe pomysły, nowe punkty zborne. Tego nie może zaoferować mainstream federalnej opozycji. Ale mogą to zaoferować inni.
Wielkie zera opozycji, które miało miejsce w 2022 roku, doprowadziło do efektu ubocznego, którego Kreml raczej nie pragnął. W równych warunkach startowych z federalną opozycją znaleźli się ci, którzy wydawało się, że już dawno zostali wyparci na margines rosyjskiej polityki. Na przykład opuścił kraj jeszcze w 2013 roku Garry Kasparow, którego poglądy na sytuację w kraju przed wybuchem wojny na pełną skalę wydawały się zbyt radykalne.
Albo – przedstawiciele ruchów narodowych i regionalnych, których głosy do 2022 roku były praktycznie niesłyszalne. Nieprzypadkowo najbardziej znaczący protest w Rosji od początku wielkiej wojny nie miał związku ani z Moskwą, ani z federalną opozycją. Wybuchł on daleko na peryferiach – w Baszkirii – i przerodził się w zakrojony na szeroką skalę proces polityczny znany pod nazwą „sprawa bajmakowska”. Jego bohaterami okazały się dziesiątki Baszkirów, którzy wyszli, aby wesprzeć swojego rodaka – Faila Alsynowa, który wzywał ich do ochrony ojczystej ziemi i języka.
Ale to już temat na osobny artykuł.
„Wschody” – niezależny projekt o emigracji, życiu w Europie i sytuacji za nową żelazną kurtyną. Wesprzyj „Wschody”
