
25 kwietnia 1993 roku miało miejsce wydarzenie, dziś niemal całkowicie zepchnięte na margines świadomości społecznej w Rosji. Równocześnie z referendum w sprawie zaufania wobec prezydenta Federacji Rosyjskiej Borisa Jelcyna dwa regiony kraju zorganizowały plebiscyt dotyczący – z perspektywy stolicy – pozornie drugorzędnej kwestii. Miasto Petersburg oraz obwód swierdłowski chciały stać się republikami. I zgodnie z wynikami głosowania nimi się stały. Jednak to pragnienie okazało się zbyt śmiałe — nawet jak na realia swobodnych lat dziewięćdziesiątych.
Status republiki otwierał drogę do większej samodzielności i przywilejów. Z punktu widzenia centrum federalnego komplikowało to zasady gry. Zamiast po prostu narzucać dyrektywy z góry, trzeba było zastanawiać się, jak się porozumieć.
Dlatego rosyjskie władze od samego początku próbowały utrudniać realizację regionalnej inicjatywy.
— Początkowo, decyzją deputowanych Rady Miejskiej Petersburga, planowano referendum, jednak podporządkowana Moskwie prokuratura zaskarżyła tę decyzję, powołując się na brak kompetencji władz lokalnych do poddania pod głosowanie kwestii zmiany statusu terytorium. Głosowanie mimo to się odbyło w formie ankiety, w której 75% uczestników poparło nadanie Petersburgowi statusu republiki. Jednak zgodnie z prawem federalnym wyniki te miały jedynie charakter rekomendacyjny — opowiada o rezultatach referendum adwokat Andriej Fiedorkow.
Głosowanie w obwodzie swierdłowskim przyniosło jeszcze bardziej imponujący wynik. Tam za Republiką Uralską zagłosowało 83,4% wyborców. Już 1 lipca rada obwodowa ogłosiła powstanie Republiki Uralskiej i rozpoczęcie prac nad jej konstytucją. Republika Uralska, istniejąca nominalnie od 1 lipca do 9 listopada 1993 roku, zasługuje na osobną opowieść. W tym artykule skupimy się na nieudanej próbie ogłoszenia republiką Petersburga.
— Podniesienie statusu Petersburga dawało przede wszystkim korzyści polityczne. Otwierała się droga do kolejnych referendów: o podatkach, o nadrzędności prawa lokalnego, o mianowaniu struktur siłowych przez władze lokalne i tak dalej. Aż po suwerenność — wylicza dziennikarz i historyk Maksim Kuzachmietow.

Na kanale Telegram „Ingermanland bez granic” Maksim udostępnił link do programu petersburskiej telewizji „WOT” z 25 kwietnia 2013 roku, którego uczestnicy wspominali historyczne dla miasta referendum.
Dziennikarka Swietłana Gawrilina opisała w tym programie rok 1993 jako moment przełomowy. Jej zdaniem do 1993 roku „parlament, a w pewnym momencie nawet Smolny, nie czuli się marionetkami ani urzędnikami państwowymi, lecz całkowicie niezależnymi politykami”.
— Wiemy, co wydarzyło się po 1993 roku. Ta cała unifikacja, sprowadzanie wszystkich regionów do jednego modelu i zarządzanie ich zasobami z centrum federalnego — widzimy, do czego to prowadzi. Pamiętam jeszcze w latach dziewięćdziesiątych proces dostosowywania prawa regionalnego do federalnego — nie można było odstąpić ani o literę! Dochodziło do absurdów. Nawet do tego, że potrzebne było federalne prawo dotyczące zbioru maliny moroszki — opowiadała Gawrilina.
— Mieszkańcy pokazali, że myślą nie tylko o kiełbasie i swoich bieżących potrzebach. Pokazali się jako naród polityczny. Niestety politycy do nich nie dorośli. Ani wtedy, ani do dziś — stwierdził inny uczestnik programu, wydawca Michaił Wojtienkow.
Prowadzący Dmitrij Wituszkin opowiedział natomiast o czymś zaskakującym. Przygotowując się do programu, znalazł w całym internecie „zaledwie trzy linki, które mówiły o tym referendum” (przypomnijmy, program ukazał się jeszcze w 2013 roku, kiedy rosyjski internet był znacznie bardziej swobodny).
Po części taka sytuacja wynika z obiektywnych przyczyn.
Po pierwsze, o referendum mówiły głównie media lokalne i regionalne, których archiwa wciąż nie zostały zdigitalizowane albo już zaginęły. Media federalne skupiły się na ogólnorosyjskim referendum dotyczącym zaufania wobec Borisa Jelcyna, które przeszło do historii pod hasłem „Tak–Tak–Nie–Tak” (karty do głosowania zawierały cztery pytania i według kampanii propagandowej Kremla należało odpowiadać właśnie w ten sposób).
Po drugie, rok 1993 okazał się dla Rosji rokiem kryzysu konstytucyjnego. Mimo zwycięstwa w referendum zespół pierwszego prezydenta Federacji Rosyjskiej nie zdołał przezwyciężyć sprzeczności z przeciwnikami w Radzie Najwyższej. Finał tej konfrontacji jest powszechnie znany: krwawe wydarzenia w Moskwie 3–4 października — zajęcie merostwa Moskwy i próba szturmu na centrum telewizyjne Ostankino, a jako finał — ostrzelanie z czołgów Białego Domu, jak potocznie nazywano Dom Sowietów ze względu na jego olśniewającą fasadę.
To jednak tylko zewnętrzny efekt. Były też inne konsekwencje. Reforma konstytucyjna przeprowadzona przez zwycięzców doprowadziła między innymi do likwidacji rad różnych szczebli w całym kraju, w tym Leningradzkiej Rady w Petersburgu.
— Nic dziwnego, że w Moskwie postanowiono pod dogodnym pretekstem jak najszybciej rozpędzić zbyt niezależny parlament Petersburga. A Sobczak stanął po stronie Moskwy. Był skonfliktowany z deputowanymi — powiedział „Wschodom” Maksim Kuzachmietow.
Zepchnięcie w niepamięć wyników petersburskiego referendum było dla rosyjskich władz korzystne także z powodów ideologicznych.
„Parada suwerenności” we współczesnej moskwocentrycznej mitologii przedstawiana jest jako proces pozbawiony poważnych podstaw i głębi, rzekomo w całości sterowany przez lokalnych przywódców chcących zawłaszczyć władzę w republikach narodowych. Dążenie do samodzielności rosyjskich regionów stwarzało jednak niepożądany precedens w oczach centrum federalnego — jego przykładem mogły pójść liczne inne obwody.
Jeśli chodzi o Petersburg i Republikę Uralską, ich gest podważał także ekonomiczne i finansowe bezpieczeństwo samej Moskwy. Nieprzypadkowo Ural, dzięki bogatym złożom surowców, obok Syberii nazywany jest „skarbnicą Rosji”. Petersburg zaś to pełnoprawna zachodnia brama kraju. Jego porty z jednej strony obsługują eksport ropy i paliw do Europy Zachodniej, z drugiej — przyjmują liczne towary importowane z Zachodu, w tym sprzęt, delikatesy i markową odzież, które następnie transportowane są ciężarówkami do Moskwy.
Zwolennicy pełnej niezależności regionu twierdzą, że w przypadku rozpadu Rosji mógłby on stać się całkowicie samowystarczalny. W kwietniu w Warszawie odbyło się już drugie w tym roku spotkanie poświęcone historii, teraźniejszości i przyszłości Ingrii jako potencjalnej europejskiej republiki. Uczestnikom opowiedziano zarówno o referendum z 1993 roku, jak i o perspektywach Ingrii w przypadku uzyskania niepodległości.
Już dziś region jest drugim co do wielkości donorem do budżetu federalnego, a łączny produkt regionalny Petersburga i obwodu leningradzkiego stanowi około 9% PKB Federacji Rosyjskiej. Jednocześnie około 70% zbieranych dochodów trafia do budżetu federalnego i funduszy pozabudżetowych.
Poniżej — fotoreportaż ze spotkania w Warszawie poświęconego Ingrii. Zdjęcia można przeglądać jak strony w albumie.
„Wschody” – niezależny projekt o emigracji, życiu w Europie i sytuacji za nową żelazną kurtyną. Wesprzyj „Wschody”















