
Od samego początku pełnoskalowej inwazji na Ukrainę Rosja nie ustaje w próbach skłócenia Ukraińców i Polaków. Ważną częścią tych działań stało się wykorzystywanie mitu o rzekomo skrajnie wysokim poziomie przestępczości, który mieli przywieźć do Polski uciekający przed wojną Ukraińcy. W 2026 roku mit ten został uzupełniony o nowy element — rzekome policyjne naloty mające na celu masową deportację Ukraińców z Polski.
„W Polsce przeprowadzono masowe zatrzymania cudzoziemców. Ponad 60% zatrzymanych stanowili Ukraińcy. Już wszczęto ponad 110 procedur wydalenia. Wśród zatrzymanych znajdowały się osoby stanowiące zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego. W MSZ Polski stwierdzono, że to pierwsza taka akcja w 2026 roku i podobne naloty będą przeprowadzane regularnie” — to typowa informacja rozpowszechniana na początku marca przez prorządowe rosyjskie kanały na Telegramie.
A oto jak było naprawdę. 2–3 marca polska policja przeprowadziła kolejną operację wymierzoną w osoby poszukiwane listami gończymi. Narodowość zbiegów nie miała znaczenia, choć wśród zatrzymanych byli również cudzoziemcy.
A teraz liczby:
1944 osoby — łączna liczba zatrzymanych w ciągu dwóch dni
147 osób — liczba zatrzymanych cudzoziemców
91 osób — liczba zatrzymanych Ukraińców
Do kwestii, dlaczego wśród zatrzymanych cudzoziemców przeważają Ukraińcy, jeszcze wrócimy. Najważniejsze jednak, że akcja policji nie była ukierunkowana wyłącznie na migrantów. Co więcej, nie była to żadna bezprecedensowa operacja. W 2025 roku przeprowadzono trzy podobne akcje.
Mimo to rosyjska propaganda wykorzystała marcowe działania, aby stworzyć wrażenie, że są one wymierzone bezpośrednio w obywateli Ukrainy. Eksperci uważają, że głównym celem kampanii było zasianie strachu i paniki wśród samych Ukraińców mieszkających zarówno w Polsce, jak i w innych krajach Unii Europejskiej:
„Dezinformacja ma wzmacniać brak zaufania do instytucji państwowych i pogłębiać napięcia społeczne. Długofalowym efektem takich działań ma być podsycanie wrogości między narodami i osłabianie solidarności między społeczeństwami”.
Nowa kampania jest logiczną kontynuacją propagandowych narracji Kremla z ostatnich lat.
W materiałach rozpowszechnianych przez putinowską propagandę, także w języku polskim, twierdzi się, że „wpływowe ukraińskie gangi” przekształciły Warszawę w „kryminalną stolicę Unii Europejskiej”, gdzie rzekomo kwitnie handel bronią, narkotykami, a nawet dziećmi. Jednocześnie polskie władze mają rzekomo świadomie przymykać oczy na przestępstwa „gości” i „być może czerpać z tego zyski”.
W publikacjach nie przedstawia się żadnych, choćby minimalnych dowodów, jednak tego typu twierdzenia nadal rozprzestrzeniają się w sieci. Głównym „argumentem” osób wierzących w import przestępczości z Ukrainy są zwykle liczby bezwzględne. Skoro bowiem wśród zatrzymanych cudzoziemców dominują liczbowo Ukraińcy, to — ich zdaniem — ma to potwierdzać tezę.
W rzeczywistości takie podejście ignoruje wielkość diaspor cudzoziemców w Polsce. Największą z nich stanowią Ukraińcy. Łączna liczba Ukraińców, którzy trafili do Polski od początku pełnoskalowej wojny rozpętanej przez Rosję, sięga około półtora miliona osób. Co to oznacza w liczbach względnych?
Na przykład w 2024 roku o przestępstwa na terytorium Polski oskarżono łącznie 9 753 Ukraińców. To zaledwie 0,65% całej diaspory. To wymowny dowód na to, że Ukraińcy nie wnieśli do polskiego społeczeństwa podwyższonego poziomu przestępczości.
Jeśli spojrzeć szerzej na przestępczość wśród cudzoziemców, obraz z ostatniej dekady (2015–2024) jest podobny. Liczba obcokrajowców w Polsce wzrosła wielokrotnie (z 200 tys. do 2,5 mln), podczas gdy ich udział w przestępczości spadł — z 1,45% do 0,65%. Jednak manipulując wyłącznie liczbami bezwzględnymi, łatwo stworzyć iluzję, że cudzoziemcy stanowią rosnące zagrożenie. W 2015 roku oskarżono bowiem 2 530 cudzoziemców, a w 2024 już 16 437.
Jedyną diasporą, która w ostatnich latach wykazywała wysoki udział w przestępczości, była diaspora gruzińska. Przy stosunkowo niewielkiej liczebności Gruzini odpowiadali nawet za 11% przestępczości wśród migrantów.
Polski socjolog i kryminolog Paweł Moczydłowski wysunął hipotezę, że taka anomalia może być efektem kolejnego narzędzia wojny hybrydowej, wykorzystywanego przez Rosję przeciwko Zachodowi.
Ekspert uważa, że wykorzystywane są zorganizowane grupy przestępcze kierowane przez tzw. „worów w zakonie”, które z kolei mają być kontrolowane przez rosyjskie służby specjalne. Tego typu struktury były wykorzystywane przez Związek Radziecki już wcześniej, także do celów politycznych.
„To nic nowego. W czasie zimnej wojny Rosja wykorzystywała ‘eksport przestępczości’ jako element wojny totalnej, mającej na celu destabilizację zachodnich demokracji” — uważa Moczydłowski, podkreślając, że wcześniej takie grupy działały głównie na terenie byłego ZSRR.
Jednak solidarność, jaką państwa europejskie okazały Ukrainie, mogła skłonić Kreml do rozszerzenia zasięgu tych działań.
Warto zaznaczyć, że operacje dywersyjne w krajach Zachodu Moskwa woli przeprowadzać cudzymi rękami. Do takich działań rosyjskie służby często werbują Ukraińców. W przypadku ich zatrzymania daje to propagandzie dodatkowe argumenty — w przestrzeni informacyjnej pojawiają się kolejne fale dezinformacji przedstawiające Ukrainę jako główne źródło destabilizacji w Europie.
W każdym razie temat „ukraińskiej przestępczości” jest regularnie podsycany przez polityków skłonnych do populizmu i prostych wyjaśnień złożonych zjawisk. Ich przekaz wzmacniają rosyjscy agenci wpływu.
Świeży przykład. Były premier Polski Leszek Miller poświęcił niedawny wpis na Facebooku emocjonalnej krytyce polskich mediów, które rzekomo celowo przemilczają narodowość ukraińskich przestępców. Jeden z udostępnień pochodził od mieszkającego w Polsce Rosjanina Jewgienija Tkaczowa, który stwierdził:
„Od samego początku mainstreamowe media wykonują swoją brudną robotę i manipulują świadomością ludzi. Za nimi stoją politycy, służby i organizatorzy”.
Na pierwszy rzut oka — zwykła frustracja. Jednak sprawa jest bardziej złożona.
Tkaczow już wcześniej znalazł się w polu zainteresowania „Wschodów”, gdy redakcja opisywała działalność Rosyjskiego Domu w Warszawie.
To właśnie on był „prelegentem”, który w grudniu 2025 roku mówił o rzekomej współczesnej „rusofobii” w Polsce oraz o „ścisłej współpracy Polski z Niemcami na długo przed paktem ZSRR–Niemcy”.
Obok udostępnienia wpisu Leszka Millera na jego profilu można znaleźć także post, w którym wyraża radość z kolejnej rocznicy aneksji Krymu przez Rosję.
Propagandysta Tkaczow, próbujący — na miarę swoich możliwości — oddziaływać na polską opinię publiczną, jest tu tylko zmienną. Jego przykład jasno pokazuje, kto w rzeczywistości czerpie korzyści z uprzedzeń Polaków wobec Ukraińców. Ostateczny beneficjent pozostaje zawsze ten sam.
