
We wrześniu 2026 roku w Polsce równolegle rozwijają się dwa procesy, które w debacie publicznej niemal się nie stykają, a przecież są ze sobą bezpośrednio powiązane. Z jednej strony premier Donald Tusk publicznie informuje o odparciu zagrożenia wobec jednego z polsko-ukraińskich przejść granicznych i wprost ostrzega, że Rosja będzie prawdopodobnie próbowała uderzać właśnie w te obiekty. Z drugiej — wewnątrz kraju wciąż rośnie liczba antyukraińskich incydentów, a część Ukraińców coraz częściej unika używania ojczystego języka w komunikacji miejskiej, sklepach i na ulicy.
Te dwie rzeczywistości istnieją obok siebie. Właśnie w ich rozbieżności ujawnia się jedna z najbardziej szkodliwych intelektualnych nawyków obecnego momentu: nawyk podmieniania zewnętrznego zagrożenia na wewnętrzne.
Teza jest prosta. W sytuacji, gdy zewnętrzne niebezpieczeństwo przestaje być abstrakcją i zostaje zarejestrowane przez służby operacyjne już na samej granicy, część spektrum politycznego nadal buduje obraz wroga wewnątrz polskiego społeczeństwa. Ta logika jest atrakcyjna dla określonej publiczności, bo jest prosta, emocjonalna i nie wymaga skomplikowanego myślenia strategicznego. Z punktu widzenia interesów bezpieczeństwa Polski okazuje się jednak nie tylko błędna — jest wręcz kontrproduktywna.
Konkretne ostrzeżenie premiera
10 września 2026 roku w Bratysławie Donald Tusk złożył oświadczenie, które warto przeczytać uważnie, bez politycznej otoczki. Premier poinformował, że w nocy dzięki współpracy polskich i ukraińskich służb udało się odwrócić bezpośrednie zagrożenie wobec jednego z przejść na granicy polsko-ukraińskiej. Bezpośrednio powiązał ten epizod z już dokonanymi rosyjskimi atakami na przejścia mołdawsko-ukraińskie i oświadczył, że Polska spodziewa się podobnych działań wobec własnych obiektów. Wspomniał też o „dość precyzyjnym raporcie” CIA dotyczącym możliwych wydarzeń w najbliższych miesiącach i podkreślił konieczność przygotowania się na różne scenariusze — nie tylko na froncie rosyjsko-ukraińskim, ale na całej wschodniej flance Unii Europejskiej.
To oświadczenie jest ważne nie tyle ze względu na sensacyjny charakter, ile dlatego, że przenosi rozmowę o rosyjskim zagrożeniu z poziomu ogólnych ostrzeżeń na poziom konkretnych ryzyk operacyjnych. Rosja już pokazała gotowość do uderzania w węzły logistyczne na granicach Ukrainy z Unią Europejską. Cel takiej taktyki jest oczywisty: utrudnić ekonomiczne i wojskowe zaopatrzenie Ukrainy, stworzyć dodatkowe koszty państwom, przez które przebiegają główne szlaki, i jednocześnie sprawdzić reakcję NATO na prowokacje w bezpośrednim sąsiedztwie terytorium Sojuszu. Dla Polski ma to szczególne znaczenie. Granica polsko-ukraińska pozostaje jednym z kluczowych korytarzy, przez które przechodzi znaczna część ładunków. Uderzenie w te przejścia uderza nie tylko w ukraińską logistykę, ale także w polską gospodarkę, infrastrukturę i ogólną stabilność kierunku wschodniego.
Wewnętrzna dynamika i wzrost napięć
Podczas gdy zewnętrzne zagrożenie nabiera coraz bardziej konkretnych kształtów, wewnątrz kraju rozwija się własna dynamika. Według danych polskiej policji w pierwszym półroczu 2026 roku odnotowano 180 zgłoszeń przestępstw na tle narodowościowym wobec Ukraińców — o 30 procent więcej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Nie chodzi wyłącznie o agresję fizyczną, choć takie przypadki miały miejsce we Wrocławiu, Poznaniu i innych miastach. Równie wymowny jest inny wskaźnik — zmiana codziennego zachowania. Część Ukraińców zaczyna unikać ukraińskiego języka w przestrzeni publicznej. To nie jest masowa emigracja ani katastrofa. To społeczny symptom. Kiedy człowiek woli milczeć w ojczystym języku w obcym kraju, oznacza to, że atmosfera zmieniła się na tyle wyraźnie, by to odczuwał.
Retoryka skrajnej prawicy odegrała w tym procesie zauważalną rolę. Zaproponowała prosty schemat: głównym problemem Polski nie jest Rosja prowadząca wojnę u jej granic, lecz Ukraińcy, którzy rzekomo zajmują miejsca pracy, przeciążają systemy socjalne i wnoszą obcą pamięć historyczną. Taki schemat jest wygodny. Pozwala przenosić wszelkie wewnętrzne trudności na rejestr narodowy i mobilizować część elektoratu na prostych emocjach. Nie można jednak udawać, że wszystkie bodźce są całkowicie wymyślone. Pamięć historyczna o Wołyniu nigdzie nie zniknęła. Pojedyncze wypowiedzi ukraińskich polityków i działaczy społecznych okresowo dolewają oliwy do ognia. Zmęczenie części polskiego społeczeństwa po kilku latach wysokiego obciążenia infrastruktury społecznej i edukacyjnej również istnieje. Te czynniki są realne. Między uznaniem ich istnienia a przejściem do otwartej agresji wobec Ukraińców w Polsce leży jednak zasadnicza różnica.
Logika podmieniania i jej strategiczne konsekwencje
Właśnie tutaj ujawnia się logika podmieniania. Zamiast utrzymywać w centrum uwagi państwo, które prowadzi wojnę agresywną i już demonstruje gotowość do uderzania w infrastrukturę na granicach Unii Europejskiej, część spektrum politycznego woli koncentrować energię na grupie ludzi, którzy znaleźli się w Polsce wskutek tej samej wojny. Z punktu widzenia polskich interesów narodowych taka reorientacja jest strategicznie błędna z kilku powodów.
Po pierwsze, rozprasza uwagę społeczną i polityczną. Zasoby uwagi w każdym społeczeństwie są ograniczone. Gdy znacząca część publicznej debaty schodzi na wewnętrzne starcia z Ukraińcami, przestrzeń dla poważnej rozmowy o realnych zagrożeniach zewnętrznych nieuchronnie się kurczy. Po drugie, osłabia wewnętrzną spójność w momencie, gdy zewnętrzne zagrożenie wymaga właśnie tej spójności. Polska znajduje się w pozycji państwa, które ponosi podwyższone obciążenie na wschodniej flance. W takich warunkach wewnętrzne linie napięć stają się dodatkowym czynnikiem podatności. Po trzecie — i to być może najważniejsze — podobna logika obiektywnie ułatwia zadanie zewnętrznemu przeciwnikowi. Rosji nie trzeba samej tworzyć konfliktów wewnątrz polskiego społeczeństwa. Wystarczy, że powstają one samodzielnie i odciągają zasoby od głównej linii konfrontacji.
Historia Europy Środkowej i Wschodniej zna niemało przykładów, gdy wewnętrzne podziały stawały się instrumentem polityki zewnętrznej. Polska w różnych okresach stykała się z podobnymi mechanizmami. Obecna konfiguracja ryzykuje powtórzeniem tego scenariusza w nowych warunkach. Dyskurs skrajnej prawicy, który czyni Ukraińców głównym obiektem mobilizacji, faktycznie wykonuje pracę korzystną dla Moskwy. Tworzy dodatkowe napięcie na kierunku, na którym Polska i tak znajduje się w najbardziej wrażliwej pozycji, i przenosi część energii społecznej z płaszczyzny bezpieczeństwa zewnętrznego na wewnętrzną konfliktowość.
Realne pretensje a fałszywe rozwiązania
Można spierać się o to, na ile właściwie strona ukraińska postępuje w kwestiach pamięci historycznej, na ile skutecznie ukraińskie władze radzą sobie z własnymi radykałami i na ile adekwatnie Kijów uwzględnia wrażliwość polskiego społeczeństwa. Te pytania mają prawo istnieć. Co więcej — ich ignorowanie tylko potęguje irytację. Nawet najbardziej uzasadnione zastrzeżenia wobec ukraińskiej polityki nie zamieniają jednak agresji wobec Ukraińców w Polsce w działanie wzmacniające polskie bezpieczeństwo. W sytuacji, gdy rosyjskie uderzenia w węzły logistyczne stały się już rzeczywistością, a premier Polski publicznie mówi o odparciu zagrożenia wobec własnego przejścia granicznego, wewnętrzny konflikt na tle narodowościowym przestaje być wyłącznie problemem społecznym. Staje się czynnikiem osłabiającym strategiczną odporność państwa.
Wniosek: jasność co do źródła zagrożenia
Polska znalazła się w trudnej i odpowiedzialnej pozycji. Bierze na siebie znaczną część konsekwencji wojny toczącej się u jej granic i jednocześnie musi zachować wewnętrzną stabilność. W takich warunkach zdolność do rozróżniania realnych i pozornych zagrożeń nabiera charakteru jednego z kluczowych elementów bezpieczeństwa narodowego. Logika, która w momencie konkretnego zewnętrznego niebezpieczeństwa woli szukać wroga wewnątrz, okazuje się strategicznie przegrana. Nie wzmacnia Polski. Tworzy dodatkowe linie napięć właśnie tam, gdzie są one najmniej potrzebne.
Prawdziwa odporność państwa w obecnych okolicznościach mierzy się nie ostrością wewnętrznej mobilizacji przeciwko sąsiedniemu narodowi, lecz jasnością w określeniu źródła realnego zagrożenia. A to źródło znajduje się dziś nie w ukraińskich społecznościach polskich miast, lecz po drugiej stronie granicy — stamtąd, skąd już napływają sygnały o gotowości do uderzania w przejścia graniczne.
„Wschody” – niezależny projekt o emigracji, życiu w Europie i sytuacji za nową żelazną kurtyną. Wesprzyj „Wschody”
