
W lipcu 2026 roku polski internet zalała kolejna fala antyukraińskich publikacji. W mediach społecznościowych zaczęły się mnożyć twierdzenia, jakoby Ukraińcy w Polsce otrzymali specjalne instrukcje: prowokować gospodarzy kraju do konfliktu, a następnie nagrywać ich emocjonalne reakcje i publikować filmy w internecie, przedstawiając „ofiary prowokacji” w jak najgorszym świetle.
16 lipca użytkownik o pseudonimie „Uszi” opublikował na YouTube 15-minutowy film zatytułowany „Wysyp nagrań z udziałem Polaków! To zalecenia Ambasady Ukrainy”. Materiał obejrzano ponad 160 tysięcy razy.
Publikacje odwołujące się do tego nagrania zaczęły rozprzestrzeniać się w mediach społecznościowych niczym wirus. Wśród osób rozpowszechniających ten fake news ponownie znalazły się konta wcześniej przyłapane na dezinformacji — między innymi „Codziennik z Mordoru” oraz „coolfonpl”.
Na uboczu nie pozostali również politycy skrajnej prawicy.
„Ambasada Ukrainy podsyca antypolskie nastroje wśród Ukraińców!” — oświadczył poseł na Sejm Paweł Usiądek z Konfederacji.
„Po tym wszystkim, co Polacy zrobili dla Ukraińców, po tym jak otrzymali świadczenia socjalne, dostają dodatki do emerytur, przez wiele lat korzystali z bezpłatnego leczenia dla wszystkich — ambasada Ukrainy przygotowała instrukcje dla swoich obywateli, jak nagrywać Polaków telefonem komórkowym” — ten wątek podjęła również „Korona Warszawa”.
Kluczowy element tej historii — „instrukcja prowokacji” — okazał się oczywiście zmyśleniem. Jednocześnie fake news miał rzeczywiste źródło. Dokument faktycznie istniał, jednak jego treść była całkowitym przeciwieństwem rozpowszechnianych oskarżeń.
Była to ulotka z zaleceniami dla Ukraińców dotyczącymi tego, jak zachowywać się w sytuacjach konfliktowych w Polsce: zachować spokój, nie łamać prawa, nie odpowiadać agresją na agresję, w razie potrzeby zwrócić się do policji oraz dokumentować możliwe przypadki naruszenia swoich praw.
Zwykłe zalecenia dotyczące bezpiecznego zachowania zostały opakowane w całkowicie odwrotne znaczenie: z instrukcji „jak uniknąć konfliktu” zrobiono rzekomy „plan prowokowania Polaków”.
Dlaczego potrzebny był taki przekaz, doskonale wyjaśniają same skandale, które zelektryzowały media społecznościowe. Ich polscy bohaterowie wyglądają, delikatnie mówiąc, niezbyt racjonalnie.
Tak było na przykład w przypadku pasażera autobusu w Bielsku-Białej, który skierował lawinę obraźliwych i ksenofobicznych wypowiedzi pod adresem ukraińskich dziewczynek:
„Te dzieci wychowały się za nasze pieniądze” — zdążył powiedzieć mężczyzna, który zastraszał ukraińskie uczennice i domagał się, aby wróciły do Ukrainy. Oczywiście sympatia większości Polaków była po stronie dziewczynek.
Właśnie dlatego pojawiła się potrzeba przedstawienia jego oraz innych agresorów jako ofiar wyrafinowanej prowokacji.
Jednak zarówno ten przypadek, jak i nowsze głośne ataki na Ukraińców, które pod koniec lipca poruszyły polski internet, świadczą o czymś zupełnie przeciwnym.
Dobrym przykładem jest głośny konflikt w pociągu pod Warszawą. Dwóch młodych mężczyzn celowo zaczepiało 16-letniego Ukraińca, wykrzykując pod jego adresem obelgi i próbując sprowokować bójkę w wagonie. W sytuację interweniowali inni pasażerowie oraz pracownik kolei. To właśnie polscy obywatele powstrzymali agresorów i doprowadzili do tego, że musieli opuścić pociąg. Na stacji agresywni mężczyźni, którym grozi mandat, zostali zatrzymani przez policję.
Jednocześnie matka nastolatka, która odbierała syna z dworca, odmówiła złożenia zawiadomienia o prześladowaniu na tle narodowościowym — mimo że nagranie sprawiło, iż wielu użytkowników mediów społecznościowych odniosło jednoznaczne wrażenie, że był to kolejny typowy przypadek ksenofobicznej agresji. Dość dziwne zachowanie jak na „prowokatorów”, prawda?
Jeszcze większy rozgłos wywołał przypadek z 26 lipca we Wrocławiu, gdzie trzech mężczyzn brutalnie pobiło dwoje obywateli Ukrainy — Nastię i jej narzeczonego Maksyma. Okoliczności tej historii również w żaden sposób nie wpisują się w świeżą teorię spiskową o instrukcjach dla Ukraińców. Konflikt rozpoczął się w sklepie, gdzie dziewczyna poprosiła grupę mężczyzn o zachowanie kolejki, a im z kolei nie spodobała się ani sama prośba, ani ukraiński akcent Nasti.
Na ulicy konflikt przerodził się w brutalne pobicie. Co więcej, sądząc po charakterze obrażeń, napastnicy — mimo swojej liczebnej przewagi — użyli niebezpiecznego narzędzia, najprawdopodobniej kastetu lub noża. Później okazało się, że jeden z napastników jest byłym więźniem, który odbywał karę za pobicie człowieka i zrzucenie go z balkonu.
Oczywiście również ten atak w żaden sposób nie wpisuje się w lansowaną teorię spiskową o zawodowych ukraińskich prowokatorach.
Także w tym przypadku sprawców pomogli zidentyfikować polscy obywatele. Jeden z nich zdążył nagrać pobicie smartfonem ze swojego okna.
Oba przypadki pokazują ważny fakt: problem nie polega na jakichś mitycznych „ukraińskich prowokacjach”, lecz na działaniach konkretnych ludzi, którzy starają się wybrać na ofiarę osobę bardziej bezbronną. Narodowość tej osoby nie staje się przyczyną konfliktu, lecz wygodnym usprawiedliwieniem już istniejącej agresji.
Ukraińcy stają się wygodnym celem właśnie dlatego, że od kilku lat prowadzona jest przeciwko nim kampania informacyjna. W przestrzeni publicznej rozpowszechniane są twierdzenia, jakoby Ukraińcy otrzymywali zbyt duże wsparcie, zagrażali polskiej tożsamości lub korzystali ze szczególnie uprzywilejowanego traktowania przez państwo.
Taka retoryka tworzy niebezpieczną atmosferę: człowiek, który chce dopuścić się agresji, otrzymuje gotowe wyjaśnienie własnych działań. Przestaje widzieć przed sobą konkretnego człowieka i zaczyna postrzegać go wyłącznie jako przedstawiciela „obcej grupy”.
Próba usprawiedliwiania agresji twierdzeniem, że ofiara „sama sprowokowała”, tworzy niebezpieczny precedens. Dziś obiektem nienawiści stają się Ukraińcy, jutro może nim zostać każda inna grupa, którą komuś wygodnie będzie ogłosić „obcą” i „wrogą”.
Warto podkreślić, że polskie społeczeństwo jako całość reaguje zupełnie inaczej. W opisanych przypadkach to właśnie Polacy interweniowali, broniąc Ukraińców, a policja i lokalne władze reagowały na zdarzenia wystarczająco szybko i nadawały im w pełni adekwatną ocenę prawną.
Szczególna odpowiedzialność w tej sytuacji spoczywa na politykach. Populistyczne wypowiedzi o migrantach i uchodźcach mogą przynosić krótkoterminowe korzyści polityczne, ale jednocześnie tworzą środowisko, w którym radykałowie czują się coraz pewniej.
Dlatego ważne są nie tylko działania policji po dokonanych napaściach, lecz także jednoznaczne stanowisko głównych sił politycznych. Gdy premier Donald Tusk potępia antyukraińskie incydenty, staje się to ważnym sygnałem dla społeczeństwa. Brak równie jednoznacznej i szybkiej reakcji ze strony innych wpływowych polityków, w tym prezydenta Karola Nawrockiego, pozostawia jednak pole do dalszych manipulacji.
„Wschody” już nieraz pisały o tym, jak wielkie znaczenie Kreml przypisuje prowadzeniu wojny hybrydowej na terytorium Polski.
Rosyjskie służby specjalne i propaganda wykorzystują wobec Polski i Ukrainy sprawdzoną imperialną metodę — „dziel i rządź”. Każdy konflikt zamieniany jest w dowód „nieprzejednanej wrogości”, a każde przestępstwo staje się pretekstem do formułowania zbiorowych oskarżeń.
„Wschody” – niezależny projekt o emigracji, życiu w Europie i sytuacji za nową żelazną kurtyną. Wesprzyj „Wschody”
