
Jak pełni dobrych intencji rosyjscy opozycjoniści, nieprzejednani wrogowie putinowskiej dyktatury, zamierzają utrzymać się u władzy? Właśnie utrzymać się, a nie dojść do niej. Ponieważ znaleźć się w rządzie „Pięknej Rosji Przyszłości” mają znacznie większe szanse niż pozostać tam „na serio i na długo”.
W ramach niniejszego materiału nie będziemy zagłębiać się w scenariusze tego, w jaki sposób znani opozycjoniści dojdą do rządzenia swoją gorąco ukochaną ojczyzną. Skoncentrujemy się na tym, jakie konsekwencje z maksymalnie wysokim prawdopodobieństwem nastąpią później. Podpowiemy również sposoby utrzymania władzy przez tych, którzy są gotowi bezwzględnie przestrzegać zasad demokracji i wszelkiego humanitaryzmu.
Załóżmy, że armia Putina została rozgromiona. Kreml poniósł klęskę militarną. Zgodnie z warunkami kapitulacji zostaje przeprowadzona amnestia polityczna. Do Moskwy z emigracji i więzień wracają setki opozycjonistów. Pod presją i przy pomocy zwycięzców przejmują władzę w swoje ręce i…
Niezależnie od tego, jak potoczą się wydarzenia, na terytorium Rosji pozostaną miliony ludzi, których świadomość została zatruta agresywną imperialną propagandą. Nie przejrzą na oczy z dnia na dzień. A to oznacza, że w każdych wyborach ci obywatele z łatwością oddadzą swoje głosy na tych, którzy są dla nich zrozumiali i dobrze znani: patriotów, obrońców ojczyzny, weteranów.
I nie należy żywić złudzeń, że wystarczy przejąć kontrolę nad „telewizorem ogłupiającym”, aby Rosjanie masowo zaczęli wstydzić się swojej dawnej ślepej wiary we własne „bogowybraństwo” i natychmiast otrzeźwieli. Już teraz mają możliwość czytać i oglądać nie tylko takie tuby propagandowe jak „Pierwyj kanał” czy „Rossija 1”. Na przykład w serwisie Telegram obecne są wszystkie media opozycyjne. Kremlowi nie udaje się ich zablokować.
Ale kim są ludzie, którzy setkami tysięcy subskrybują rosyjskich Z-korespondentów wojennych i zostawiają im niezliczone polubienia? Kto zamieszcza tam nienawistne wobec ludzi komentarze o Ukrainie i entuzjastyczne wpisy o „naszych chłopcach”? Ale nawet to nie stanowi największego zagrożenia.
Na terytorium Rosji w każdym przypadku pozostaną setki tysięcy „uczestników tzw. SWO (specjalnej operacji wojskowej)”. To znaczy tych, którzy za ogromne pieniądze podpisywali kontrakty, aby móc bezkarnie zabijać i rabować Ukraińców. Nie ma co liczyć na szczery i masowy akt skruchy ze strony tych przestępców. Co więcej, nie ma wątpliwości, że w każdym regionie będą oni mogli wzniecić zbrojny bunt. I kto będzie im się przeciwstawiał? Wczorajsi kaci z Rosgwardii? Sadyści z OMON-u? To wykluczone!
Raczej wszyscy oni bez większych problemów zjednoczą się, aby rozprawić się ze „zdrajcami”. To znaczy z wczorajszymi emigrantami politycznymi napiętnowanymi jako „zagraniczni agenci”. Przecież to właśnie ci zdrajcy wbili „nóż w plecy” Matce Rosji, gdy zwycięstwo było już tak blisko!

Najbardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym wczorajsi „bohaterowie SWO” i „głęboki naród” zjednoczą się wokół idei rewanżu. Ich przywódcą może stać się zbiorowy obraz Striełkowa-Girkina. Z pewnością nie napompowany botoksem zestarzały kremlowski karzeł, który otoczył się przejedzonymi oligarchami i skorumpowanymi generałami, lecz „prawdziwy facet”. Taki, który naprawdę walczył i przelewał krew, broniąc interesów „rosyjskiego świata”. Taki, który za swoje „sprawiedliwe przemówienia” trafił do putinowskich kazamatów.
I trzeba mieć na uwadze, że do skutecznego przejęcia władzy przez tych agresywnych puczystów czy uczestników SWO nie będzie potrzeba szczególnie wielu ludzi. Banda licząca 500 zdecydowanych przestępców może zamienić życie każdego dużego miasta w sceny apokalipsy rodem z ekranu. A swoją drogą publiczne rozprawy z pojmanymi „zagranicznymi agentami” spotkają się z aprobatą wielu osób. Wystarczy przypomnieć sobie nagrania z mieszkańcami Rostowa nad Donem, którzy ustawiali się w kolejce, chcąc zrobić sobie selfie z Jewgienijem Prigożynem i jego najbliższymi współpracownikami podczas buntu w 2023 roku.
Widoki opuszczonych i spalonych dzielnic Detroit będą się po tym wydawały już nie tak straszne. A to oznacza, że jako naturalna konsekwencja pojawią się fale liczące miliony uchodźców, których w krajach sąsiednich wcale nie będą witać z otwartymi ramionami. Być może zewnętrzne granice zostaną w ogóle zamknięte.
Jakie więc jest wyjście? Wydaje się, że jest ono oczywiste. Należy uzgodnić rozmieszczenie na terytorium Rosji po jej klęsce baz wojskowych NATO oraz Sił Zbrojnych Ukrainy. Wystarczą niezbyt liczne, ale profesjonalne formacje w miastach milionowych. Te bataliony lub brygady będą mogły stać się niezawodną ochroną na wypadek prób wojskowego puczu lub buntu podobnego do „Marszu Sprawiedliwości” Prigożyna na Moskwę. Logiczne jest założenie, że obecność tych baz będzie konieczna przez dość długi okres.
W samej tej sytuacji nie ma nic szczególnego. Jednym z warunków kapitulacji Japonii w 1945 roku było rozmieszczenie amerykańskich baz wojskowych. Pozostają one tam do dziś. Jedna z największych znajduje się na wyspie Okinawa. Na Tajwanie pod koniec lat czterdziestych XX wieku nikt nie sprzeciwiał się pomocy wojskowej Waszyngtonu na wypadek inwazji ze strony kontynentalnych Chin. W Korei Południowej żołnierze amerykańscy stacjonują od ponad 70 lat. Czy można uważać ten kraj za pozbawioną praw kolonię, z której okupanci wyciskają zasoby, a ludność utrzymują w bezprawiu?
W końcu od dawna przy ONZ istnieją oddziały „błękitnych hełmów”. Oddziały te działają na całym świecie, starając się zapobiegać rozlewowi krwi w strefach konfliktów oraz na liniach rozgraniczenia.
I kto przede wszystkim powinien wzywać do dyskusji na ten temat? Oczywiście najbardziej znani opozycjoniści. Kto jeszcze ma możliwość bezpośrednio zwracać się do czołowych polityków i kluczowych urzędników Zachodu? Kto, jeśli nie „dobrzy Rosjanie”, powinien apelować o stworzenie niezawodnego systemu kontroli w PostRosji na wypadek wybuchu rewanżyzmu? Niestety. To właśnie ci ludzie z gniewem krytykują propozycje przeprowadzenia choćby debaty na temat rozmieszczenia baz wojskowych NATO i Sił Zbrojnych Ukrainy po upadku putinowskiej dyktatury.
Sytuacja ta jest jeszcze bardziej zaskakująca, jeśli zrozumieć, że okupacja Federacji Rosyjskiej pomoże zapobiec jej rozpadowi na dziesiątki nowych niepodległych państw. A więc właśnie temu, czego tak bardzo obawia się wielu znanych moskwocentrycznych opozycjonistów. Przecież zwycięzcy zawsze łatwiej jest otrzymywać kontrybucję od jednego podmiotu niż od kilku, które raczej nie zgodzą się zgodnie podzielić odpowiedzialnością.
Co więcej, „dobrzy Rosjanie” będą mieli doskonałe możliwości, aby bez żadnych wyborów zająć wysokie stanowiska w administracji okupacyjnej. I jednocześnie nie obawiać się rozprawy ze strony tych rodaków, którzy szczerze uważają ich za narodowych zdrajców.
Warto przypomnieć przykład z całkiem niedawnej przeszłości. W 1918 roku Cesarstwo Niemieckie poniosło druzgocącą klęskę w I wojnie światowej i skapitulowało. Na mocy traktatu wersalskiego Berlin został zobowiązany do zapłaty wysokich reparacji i zrzeczenia się kolonii. Jednocześnie zakazano mu posiadania pełnowartościowej armii. Do władzy doszli rozsądni i uczciwi ludzie (Republika Weimarska). Już jednak w 1920 roku wybuchł pucz Kappa. Rewanżyści próbowali przejąć władzę, lecz przegrali. W 1923 roku doszło do puczu piwiarnianego. Jednak i ten bunt zakończył się fiaskiem. Mogło się wydawać, że niemiecki demokratyczny rząd („dobrzy Niemcy”) sam jest w stanie poradzić sobie z rozwścieczonymi militarystami i rewanżystami. We Francji i Wielkiej Brytanii uspokojono się. W Londynie i Paryżu zrezygnowano z pomysłu rozmieszczenia baz wojskowych Ententy na terytorium dawnego cesarstwa niemieckiego. Był to fatalny błąd.
W 1933 roku do władzy w Niemczech doszli naziści. I to całkowicie legalnie. Poparły ich miliony Niemców. W krótkim czasie odbudowano potężną machinę wojenną. Wkrótce potem doszło do katastrofy II wojny światowej. Na kilka lat Europa pogrążyła się w krwawym szaleństwie. Zwycięstwo przyszło sojusznikom koalicji antyhitlerowskiej za bardzo wysoką cenę. Tym razem jednak zwycięzcy nie ograniczyli się do kapitulacji Niemiec. Terytorium pokonanej Rzeszy zostało okupowane. Tylko to mogło zagwarantować, że wczorajsi frontowi żołnierze Wehrmachtu nie przejmą władzy, aby „przywrócić sprawiedliwość”. Nawiasem mówiąc, amerykańskie bazy wojskowe pozostają na ziemiach niemieckich do dziś.
Zabawne, że wielu moskwocentrycznych opozycjonistów otwarcie nazywa obecny reżim władzy w Rosji faszystowskim. Nasuwa się więc analogia dotycząca metod walki z tym reżimem: zwycięstwo w wojnie i utworzenie baz wojskowych zwycięzców na okupowanym terytorium. Czyż nie w ten sposób udało się uporać z niemieckim nazizmem i jego dziedzictwem? A przecież Hitler sprawował władzę zaledwie przez 12 lat. I jak poważnie zdołał zatruć świadomość milionów obywateli Niemiec! Putin pozostaje u władzy już ponad ćwierć wieku. I przez wszystkie te lata machina propagandowa pracowała pełną parą, skutecznie piorąc mózgi „zwykłym Rosjanom”.
W zakulisowych rozmowach „liderzy opozycji” uczciwie przyznają, że nie wiedzą, jak utrzymać władzę w przypadku buntu byłych „wagnerowców”. Jednak publicznie nie będą wzywać do utworzenia baz wojskowych NATO i Sił Zbrojnych Ukrainy w PostRosji. Dlaczego? Ponieważ nie spodoba się to potencjalnemu „masowemu wyborcy”. A poza tym idee te są „szkodliwe”. Dlatego niektórzy idą jeszcze dalej i nazywają „politycznymi bankrutami” zwolenników stworzenia systemu zachodniej kontroli wojskowej na obszarze rozgromionego putinowskiego imperium.
Cóż. Przy takim stosunku pokojowo nastawionych „dobrych Rosjan” do rzeczywistości nie będzie trzeba dziwić się katastrofalnym konsekwencjom. Za tę polityczną krótkowzroczność zapłacą przecież nie tylko „antywojenni” moskiewscy emigranci polityczni. Nowi rosyjscy rewanżyści, przejąwszy władzę po buncie, będą mogli znacznie lepiej przygotować się do wojny przeciwko znienawidzonemu „kolektywnemu Zachodowi” i „banderowskiej Ukrainie”. Krąg historii może powtórzyć się w znacznie straszniejszym wariancie niż obecna wojna Rosji przeciwko Ukrainie.
Maksim Kuzachmietow – dziennikarz, historyk i działacz ruchu „Wolna Ingermanlandia”, opowiadający się za utworzeniem niepodległego państwa Ingermanlandii na terytorium obecnego Petersburga oraz obwodu leningradzkiego Federacji Rosyjskiej. Jest zwolennikiem koncepcji „PostRosji” (lub „post-Rosji”) – powstania na terytorium dzisiejszej Rosji nowych niepodległych państw posiadających własną tożsamość regionalną lub narodową. Koncepcja ta w dużej mierze nawiązuje do idei Międzymorza i prometeizmu.
Opinie publikowane w rubryce „Obserwacje” nie muszą odzwierciedlać stanowiska redakcji. Choć najczęściej je odzwierciedlają
„Wschody” – niezależny projekt o emigracji, życiu w Europie i sytuacji za nową żelazną kurtyną. Wesprzyj „Wschody”
