
Czy wiedzieliście, że w samym centrum „rdzennej Rosji”, na północnym Powołżu, żyje cały naród, który wskutek historycznego zbiegu okoliczności jest dziś uznawany za Rosjan? To Meriowie — dawny lud ugrofiński, do którego, jak miałam okazję odkryć cztery lata temu podczas badań genealogicznych, częściowo należę również ja sama.
„Istnienia narodu się nie dyskutuje — ono po prostu jest”
(Ioan Rațiu, rumuński polityk)
„Brak dowodów nie jest dowodem braku”
(Carl Sagan, astronom i popularyzator nauki)
Meriański ruch odrodzeniowy i rekonstrukcjonistyczny, meriański dyskurs, sama idea Meri jako żywego narodu istniejącego nieprzerwanie od czasów djakowskiej kultury archeologicznej aż po współczesność — wszystko to wyrosło z krajoznawstwa. Dane z zakresu krajoznawstwa i etnografii Górnego Powołża — etnicznych ziem rdzennego ugrofińskiego narodu Meri — znajdują potwierdzenie w wykopaliskach archeologicznych, badaniach etnograficznych i religioznawczych, a ostatnio także w porównawczych badaniach genetycznych. Szczególnie interesująca jest również ogromna liczba „dziwnych” nazw miejscowych i hydronimów, których nie da się wyjaśnić za pomocą żadnego języka słowiańskiego. Doskonale tłumaczą się natomiast z języka maryjskiego, a część z nich również z wepskiego — języków ugrofińskich należących do rodziny uralskiej.
Historia narodu Meri jest w szczególny sposób tragiczna. Po dwóch falach kolonizacji (nowogrodzkiej i moskiewskiej), przymusowej chrystianizacji, asymilacji, niewolnictwie i pańszczyźnie oraz przekształceniu części narodu w narzędzie imperialnych podbojów i kolonizacji — swoistego „bojowego poddanego imperium” — etnos ten zdołał mimo wszystko zachować swoją odrębność przez stulecia i przekazać pamięć o sobie, a także własne dziedzictwo genetyczne i kulturowe aż do dziś.
Jednak ujawnienie tego autochtonicznego wymiaru potencjalnej tożsamości regionalnej mieszkańców Górnego Powołża napotyka poważny problem. Przez stulecia Moskwa i Imperium Rosyjskie budowały i narzucały narrację o „wielkim słowiańskim narodzie rosyjskim”, która głęboko zakorzeniła się w świadomości ludzi określających się dziś jako Rosjanie.
Nie dziwi więc, że potomkowie głównie chłopów pańszczyźnianych, którzy przed wiekami utracili swoje niesłowiańskie wierzenia i praktyki religijne, język oraz świadomość etniczną (choć zachowały się fragmenty pozwalające dziś na rekonstrukcję i reetnizację), a także prawo do własności prywatnej i tradycyjnych zajęć — stali się ludźmi pozbawionymi pamięci o własnych korzeniach. Współczesna rosyjska propaganda epoki tzw. „specjalnej operacji wojskowej” robi wszystko, by tę utratę pamięci i więzi z przodkami jeszcze bardziej pogłębić.
Jednocześnie „na dole” zachodzą procesy odwrotne. W ostatnich latach coraz więcej osób uznawanych za Rosjan odczuwa zmęczenie „imperialną misją” i poszukuje alternatywnej tożsamości — wolnej od kolonialnego bagażu i historycznych zobowiązań. Wśród tych nowych identyfikacji pojawiają się również nurty neoplemienne, odwołujące się do samookreślenia oraz kulturowego i duchowego dziedzictwa dawnych narodów ugrofińskich (na przykład Meri), słowiańskich i bałtyckich. To właśnie te ludy stanowiły niegdyś fundament państwa moskiewskiego, zanim przez wieki przechodziły kolejne etapy asymilacji.

Wyrazistą ilustracją idei neoplemiennej jest powieść rosyjskiego pisarza Denisa Osokina „Owsianki” (2008) oraz jej ekranizacja z 2010 roku pod tym samym tytułem (w międzynarodowej dystrybucji znana jako „Ciche dusze”). Jednocześnie dzieło to można odczytywać jako rozbudowaną metaforę kolonialnej polityki Moskwy wobec podbitych narodów rdzennych. Autor — zawodowy etnolog specjalizujący się w mitologii i folklorze narodów Powołża — umieścił w książce wiele symboli i szczegółów, które dla odbiorcy spoza ugrofińskiego dyskursu mogą pozostać nieczytelne.
Akcja powieści rozgrywa się właśnie na historycznej ziemi meriańskiej, w regionie Górnej Wołgi. Dwaj główni bohaterowie — Miron, dyrektor fabryki papieru w niewielkim prowincjonalnym mieście, oraz jego pracownik i zarazem narrator o imieniu Aist — wyruszają w podróż, by pożegnać zmarłą żonę Mirona, Tanię. Przygotowują ciało kobiety zgodnie z rzekomymi (fikcyjnymi) tradycjami narodu Meri.
W trakcie podróży Miron, powołując się na inną nieistniejącą meriańską tradycję, opowiada Aistowi najbardziej intymne szczegóły ich małżeńskiego życia: „wziąłem ją za żonę, kiedy miała dziewiętnaście lat… była bardzo nieśmiała… słuchała mnie — i tylko. mówiłem: zdejmij sukienkę, zdejmij majtki, rozsuń nogi, spróbuj, połknij… stań tutaj i poruszaj biodrami…”
Ważna jest również scena, w której Miron wspomina noc spędzoną z Tanią wiele lat wcześniej w tanim hotelu. Nie było tam ciepłej wody, więc kupił kilka butelek taniej wódki i umył nią żonę. W czasie podróży dzwoni do niego także matka Tani, ponieważ nie może skontaktować się z córką, lecz Miron nawet nie informuje jej o śmierci kobiety. W pewnym momencie pokazuje również Aistowi nagranie audio przedstawiające akt seksu oralnego.
Kiedy docierają na miejsce, Miron i Aist kremują ciało Tani — zgodnie z kolejną wymyśloną tradycją. Powieść kończy się opisem życia pozagrobowego obu bohaterów, którzy giną w drodze powrotnej do domu w wypadku samochodowym — ich auto spada z mostu i tonie w Wołdze. Charakterystyczne jest to, że w zaświatach Miron „nosi jej kości przy pasie” — kości Tani. Nietrudno dostrzec, że jest to opowieść o brutalnych, głęboko patriarchalnych relacjach opartych na nierówności (Tania była o piętnaście lat młodsza od Mirona), przy czym autor nie wyjaśnia, jaka była rzeczywista przyczyna śmierci kobiety.
Jeśli spojrzeć na tekst z perspektywy postkolonialnej, można zauważyć, że postać Tani symbolizuje sam naród Meri (oraz inne podbite i częściowo zasymilowane narody), natomiast Miron uosabia kolonizujące, a później imperialne siły oraz stosowane przez nie mechanizmy opresji wobec ludów rdzennych: wprowadzenie alkoholu, „cywilizację” i „oświecenie”, ale równocześnie eksploatację i pańszczyznę (liczne sceny, w których Miron mówi Tani, co i jak ma robić — głównie w sferze seksualnej), a także zawłaszczanie elementów kultury asymilowanych narodów przez rosyjską kulturę imperialną — kulturową apropriację (symbolizowaną przez noszenie kości Tani przy pasie).
Postać Aista jest trudniejsza do jednoznacznej interpretacji, jednak zakładam, że — biorąc pod uwagę jego skryte uczucie do Tani oraz fakt, że po śmierci uczy się języka meriańskiego — symbolizuje on alternatywną możliwość dla narodów rdzennych: istnienie oparte na równości, współpracy, wzajemnym szacunku i afirmacji różnorodności kulturowej.
Dodam, że jest to wyłącznie moja subiektywna interpretacja powieści, wynikająca z perspektywy dekolonialnej, rdzennej i feministycznej.

Wyzwania współczesności wymagają od świadomych Merian i Merianek szczególnej uważności, elastyczności, ostrożności, a przede wszystkim cierpliwości i konsekwencji. Meriański mit historiozoficzny oraz perspektywa rdzennych narodów wobec historii państwa rosyjskiego zdążyły już zająć pewne miejsce w rosyjskiej świadomości zbiorowej, jednak osiągnięty rezultat trzeba co najmniej utrzymać, a najlepiej — wyprowadzić go z niszy do szerszego obiegu społecznego.
Uważam, że właśnie to, od czego kiedyś rozpoczęło się meriańskie odrodzenie — pozostawione przez przodków tajemnicze nazwy miejsc, a także święte źródła i kamienie — posiada siłę drogowskazów mogących wskazać drogę do powrotu do samych siebie i ponownego wynalezienia tradycji, już na nowym poziomie świadomości, z potencjałem sięgającym nawet procesu budowy nowoczesnego narodu.
Oli Szepisz — blogerka, meriańska etnoaktywistka i poetka-poliglotka. Opowiada się za odrodzeniem i emancypacją ugrofińskiego narodu Meri zamieszkującego Górne Powołże. Zgodnie z dominującą przez lata w nauce radzieckiej i rosyjskiej teorią naród ten uznawano za całkowicie „zasymilowany”, jednak podczas ogólnorosyjskiego spisu ludności z lat 2020–2021 aż 109 osób zadeklarowało tożsamość meriańską.
