
Prorosyjskie proxy w Polsce zamieniły składanie kwiatów pod pomnikiem żołnierzy radzieckich w małe propagandowe widowisko. Jeden z jego uczestników domagał się, by Ukraińcy bojkotujący akcję „spadali do TCK”. Polakom zdążył opowiedzieć, jak jest dumny ze swojego pradziadka, który „od samego początku walczył w wojnie fińskiej”. Starsza kobieta ukradkiem pokazywała przeciwnikom środkowy palec, tak aby nie zauważyła tego policja. A mężczyzna trzymający się w cieniu został rozpoznany przez redaktora „Wschodów” jako kluczowa postać skandalu związanego z działalnością Rosyjskiego Domu w Warszawie. To właśnie on wygłosił wykład, w którym twierdził, że Polska współpracowała z nazistowskimi Niemcami na długo przed ZSRR.
Cmentarz-Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Warszawie po raz kolejny od początku pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę stał się miejscem gorących starć 9 maja. W 2022 roku to właśnie tutaj oblano czerwoną farbą ówczesnego ambasadora Federacji Rosyjskiej w Polsce, Siergieja Andriejewa. Zgodnie z utrwaloną tradycją dyplomata przyjechał złożyć kwiaty pod pomnikiem, gdzie został powitany przez uczestniczkę akcji solidarności z Ukrainą.
Andriejew udzielał wywiadów dziennikarzom, nie zmywając farby z twarzy. Oświadczył, że krew jest sztuczna — taka sama jak w Buczy. I że w ogóle wszystkie doniesienia o zbrodniach rosyjskiej armii w Buczy to „fake”. Wtedy zażartowałem w swoim materiale, że obserwujemy niezwykle rzadkie zjawisko przyrodnicze — rosyjskiego dyplomatę, który kłamie i czerwieni się (choć zaczerwienił się wyłącznie z przyczyn zewnętrznych). Z powodu tego nagrania rosyjskie służby oskarżyły mnie o „usprawiedliwianie terroryzmu” i aresztowały zaocznie:
Ale wróćmy do uczestników propagandowego spektaklu, który odegrano na cmentarzu wojennym 9 maja 2026 roku. Wszystko wskazuje na to, że był to jedynie głośny manewr osłonowy.
Nowy ambasador Rosji, Georgij Michno, który — jak oczekiwano — również miał pojawić się w Dniu Zwycięstwa na cmentarzu-mauzoleum, odstąpił od tradycji i pojechał składać kwiaty na drugi koniec Warszawy — pod niewielki pomnik na Cmentarzu Bródnowskim.
Tak więc Polacy i ukraińscy aktywiści warszawskiego „Euromajdanu”, którzy zgromadzili się przy memoriale, by po raz kolejny przypomnieć o zbrodniach Rosji, nie zetknęli się wcale z korpusem dyplomatycznym.
Publiczność, która przyszła składać kwiaty, była różnorodna i barwna.

Niska siwowłosa kobieta z dwiema wstążkami św. Jerzego — jedną przypiętą do szalika, drugą do rękawa — krążyła wokół protestujących z rosyjską trójkolorową flagą. Jej ruchy przypominały figury dziwnego tańca. To unosiła sztandar wysoko nad głowę, to rozpościerała go, demonstrując go licznym kamerom.
Biorąc pod uwagę, że z głośników ustawionych na pełną moc naprzemiennie rozbrzmiewało „Putin — chujło” oraz „Ruski, idi na chuj”, performance z trójkolorową flagą wyglądał szczególnie barwnie.
Młody człowiek w furażerce przypominającej czapkę czerwonoarmisty, z odznaką imitującą radziecki order i czerwoną wstążką przypiętą do piersi, również spacerował tam i z powrotem przed stelą i od czasu do czasu groził ukraińskim uczestnikom protestu palcem, wykrzykując czystą rosyjszczyzną:
— Uchylanci, TCK czeka!
Później, w rozmowie z redaktorem „Wschodów”, przedstawi się jako Dmitrij i opowie, że sam jest poszukiwany przez Ukrainę „za dezercję”.

Jeszcze jeden mężczyzna przyszedł pod pomnik z czarno-białym portretem w ramce. „Dopóki pamiętamy — oni żyją!” — głosił napis pod portretem starszego mężczyzny, o którego biografii można było tylko snuć domysły. Po złożeniu na postumencie swojego bukietu mężczyzna wzniósł oczy ku niebu i przeżegnał się, patrząc na złotą gwiazdę wieńczącą szczyt steli.
Statecznie wyglądająca kobieta z długim różowym szalikiem spokojnie przechadzała się wzdłuż pomnika, pokazując protestującym rękę z wyprostowanym środkowym palcem — tak, aby gest ten nie rzucał się w oczy policji.

Organizator protestu co jakiś czas zwracał się przez megafon do policjantów, proponując wyprowadzenie z placu przed stelą tych, którzy już złożyli kwiaty. To nie pomagało. Ci sami aktorzy, zatoczywszy koło, ponownie pojawiali się przy steli.
Jeszcze jeden mężczyzna z przypiętą do klapy jasnej marynarki wstążką św. Jerzego przeciwnie — unikał kontaktu z protestującymi i starał się trzymać z boku. To właśnie on mógł jednak odgrywać kluczową rolę w całym wydarzeniu.
Był to Jewgienij Tkaczow, którego skandaliczny wykład — jak już opisywały „Wschody” — doprowadził do zawieszenia działalności Rosyjskiego Domu w Warszawie.
Mieszkający w Warszawie i przedstawiający się jako „kierownik projektów na rzecz zachowania pamięci historycznej w Rzeczypospolitej Polskiej” oraz „ambasador” rosyjskiego stowarzyszenia „Znanie”, Tkaczow 4 grudnia 2025 roku wygłosił w Rosyjskim Domu wykład o polskiej „rusofobii” i „ścisłej współpracy” Polski z Niemcami na długo przed paktem Mołotow-Ribbentrop.
Na wstędze oplatającej jeden z wieńców leżących pod stelą widniał napis „Rosyjskie Towarzystwo Znanie”. Wszystko wskazuje więc na to, że Tkaczow nadal reprezentuje w Polsce tę propagandową strukturę, wśród której „wykładowców” są m.in. Dmitrij Miedwiediew, Walentyna Matwijenko, patriarcha Cyryl Gundiajew oraz Siergiej Kirijenko.
„Działalność oświatową” warszawski propagandysta związany ze „Znaniem” prowadzi obecnie głównie na Facebooku. Na swojej stronie publikuje ulubione fake newsy rosyjskiej propagandy: wypowiedź ministra spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow o „ludobójstwie narodu radzieckiego” w czasie II wojny światowej; publikację o tragedii w Odessie z 2 maja 2014 roku, w której twierdzi się, że „neofaszystowskie tłumy” zamknęły 48 „niewinnych cywilów” w Domu Związków Zawodowych i spaliły ich tam wyłącznie za to, że byli Rosjanami. Jest też marcowy post, w którym Tkaczow cieszy się z kolejnej rocznicy aneksji Krymu przez Rosję.

Akcję składania kwiatów wsparła również marginalna polska partia Front, której wiec pod hasłem „Polskość to nie rusofobia” rozpoczął się przy podejściu do cmentarza-memoriału, tuż przy jezdni. Zdążył tam przenieść się i przemówić wspomniany przeze mnie „dezerter” Dmitrij.
Z dumą opowiedział Polakom, że obaj jego pradziadkowie walczyli po stronie Związku Radzieckiego, przy czym jeden z nich — w wojnie radziecko-fińskiej. Co dziwne, Polacy, którzy to usłyszeli, nie zadali Dmitrijowi żadnych pytań — choć wojna zimowa, która nastąpiła po rozbiorze Polski przez Hitlera i Stalina, jest uznawana w całym cywilizowanym świecie za akt agresji ZSRR.
Zresztą „Front”, kierowany przez byłego posła PiS, Krzysztof Tołwiński, to partia bardzo specyficzna. Jesienią 2024 roku podpisała oficjalne porozumienie o współpracy z białoruską Partią Liberalno-Demokratyczną. Działacze „Frontu” regularnie jeżdżą na Białoruś i spotykają się tam z przedstawicielami reżimu Alaksandr Łukaszenka.

„Front” współpracuje również z całkowicie kontrolowaną przez Kreml Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji. Jej nieżyjący już założyciel, Władimir Żyrinowski, wielokrotnie posługiwał się otwarcie antypolską retoryką.
W 2014 roku stwierdził wprost, że w razie wojny Rosji z Zachodem Polska i państwa bałtyckie zostaną „całkowicie zniszczone”.
„Państwa bałtyckie, Polska — one są w ogóle skazane na zagładę. Zostaną zmiecione. Nic tam nie będzie. Niech opamiętają się przywódcy tych małych karłowatych państw, jak bardzo narażają samych siebie” — groził Żyrinowski, który wówczas zajmował stanowisko wiceprzewodniczącego Dumy Państwowej. Po tej wypowiedzi polskie MSZ wezwało rosyjskiego ambasadora.
Jednak Tołwińskiego, sądząc po jego wystąpieniach, niepokoją wyłącznie „banderowcy”.
— Na polskiej ziemi banderyzm zaczyna rządzić. Niech zobaczą to wszyscy Polacy, Europa i Rosja! — wykrzyknął lider „Frontu”, wchodząc wraz z około dwudziestoma współpracownikami na teren memoriału.
Protestujący, już mocno rozgrzani nieustannymi przemarszami prorosyjskich prowokatorów, przywitali tę grupę gromkim skandowaniem: „Ruskie psy — do Moskwy!” oraz „Terroryści!”.
Zapanował chaos. W prorosyjskim tłumie szczególnie wyróżniała się drobna kobieta z kamerą, która podchodząc niemal twarzą w twarz do swoich przeciwników, krzyczała do nich: „Banderowcy precz!”.
— Wszystkich waszych mężczyzn pozabijają! O to walczycie, za Zełenskiego?! — krzyczał do Ukraińców ponownie pojawiający się w samym środku tłumu Dmitrij.
— Walczymy przeciwko rosyjskim faszystom! — odkrzyknął mu jeden z mężczyzn.
— Do komisji wojskowej, do TCK — szybko! Raz-dwa — jedziesz! — machnął ręką, wskazując kierunek, „dezerter”.

Policja szybko zareagowała i ustawiła się w szeregu, oddzielając przeciwników od siebie.
Jeszcze kilka przepychanek wybuchło na jednym z poziomów steli, na który zdążyli wspiąć się przedstawiciele obu stron. W pewnym momencie rozwinięto tam jednocześnie trzy flagi — rosyjską, ukraińską oraz biało-czerwono-białą flagę Białorusi, uznaną przez reżim Łukaszenki za „ekstremistyczną”.
Znana jako Babcia Kasia polska aktywistka z ukraińską flagą ostatecznie nie podzieliła przestrzeni z kobietą trzymającą rosyjski trójkolor. W wyniku krótkiej szarpaniny, w której przewagę liczebną mieli prorosyjscy demonstranci, Babcia Kasia upadła na postument obok kwiatów i wieńców.

— Zabrać tę prowokatorkę! — zareagowała drobna kobieta z kamerą.
— Moskiewskie kurwy! — wykrzyknęła z emocjami Babcia Kasia.
Wkrótce potem uczestnicy prorosyjskiej akcji zaczęli się rozchodzić.
Przy wyjściu zdążyłem zatrzymać Dmitrija i dopytać go o pradziadków. Po raz kolejny potwierdził to, co usłyszałem na wiecu „Frontu”: jeden z jego pradziadków „od samego początku walczył w wojnie fińskiej”. Zaraz potem ostro skrytykował protestujących Polaków i Ukraińców, twierdząc, że „taka muzyka i takie prowokacyjne zachowanie są po prostu nie do przyjęcia w takich miejscach”.
— Jest mi wstyd, jest mi niezręcznie, aż do łez, choć jestem mężczyzną, chce mi się płakać z powodu tego bałaganu, który robią niektórzy… no, idioci, kretyni, nie powiem inaczej. Wszystkich, którzy ginęli w walce z faszyzmem, czcimy i pamiętamy o wszystkich.
— Ale wspomniał pan o pradziadku, który walczył w wojnie fińskiej. Uważa pan tę wojnę za sprawiedliwą?
— Oj… Szczerze mówiąc, trzeba oddzielać stalinowską górę od zwykłych żołnierzy. Żołnierzy o nic nie pytano. Zbrodnie Stalina zostały dawno zdemaskowane, po 1956 roku. Oczywiście, że nie. Afganistan to to samo. A potem pada zdanie: „My was tam nie wysyłaliśmy”.

— I teraz na Ukrainie skończy się tak samo? W Rosji też powiedzą: „My was tam nie wysyłaliśmy”?
— Myślę, że będzie tak samo. To po prostu imperializm.
— Rosyjski imperializm?
— Z dwóch stron.
— A kto jest tą drugą stroną?
— Ameryka.
— Ameryka umywa ręce, jak widzimy na przykładzie Trumpa.
— To wojna zastępcza. Szczerze mówiąc, jedynym ogromnym i pokojowym krajem są Chiny. Życzę pokoju i Ukrainie, i Rosji. W gruncie rzeczy jesteśmy jednym narodem, wszystko mamy takie samo… Jestem wyłącznie za pokojem. Ale to nie znaczy, że skoro trwa obecny konflikt, to Ukraińcy mają zdradzić, zapomnieć i wychwalać bandytę Banderę, SS-Galicję i tak dalej… Na Ukrainie promowany jest dziś kult przestępców!
— A w Rosji na pełną skalę promowany jest dziś kult Stalina.
— Ja bym tak nie powiedział. Nie widzę w Rosji kultu Stalina ani pomników Stalina.
— Mogę podać panu liczbę: tylko w 2025 roku w Rosji postawiono 13 pomników Stalina.
To właśnie ta liczba pojawiła się jesienią 2025 roku w jednym z rosyjskich mediów (a więc mowa nawet o niepełnym 2025 roku). Łączna liczba pomników Stalina w Rosji przekroczyła dziś 120. Co więcej, prawdziwe odrodzenie kultu radzieckiego przywódcy nastąpiło za rządów Putina, po aneksji Krymu.
Ponad 90 procent wszystkich pomników Stalina powstało właśnie w okresie putinowskim — wyliczyli niezależni badacze. Pomniki te wyrastają jak grzyby po deszczu: kolejny taki „znak pamięci” z wizerunkiem dyktatora odsłonięto pod Rostowem nad Donem 9 maja 2026 roku.
Równolegle trwa systematyczne niszczenie pamięci o ofiarach stalinowskiego ZSRR. Na przykład Muzeum Gułagu w Moskwie przemianowano w tym roku na Muzeum Pamięci. Zniknęła ekspozycja poświęcona represjom. Teraz instytucja ma opowiadać wyłącznie o tym, jak naród radziecki cierpiał z powodu zewnętrznych agresorów.
Jak już opisywały „Wschody”, w 2025 roku Rosja zdążyła również zbezcześcić pamięć ofiar zbrodni katyńskiej. Płaskorzeźby z polskimi orderami zdemontowano zarówno na Polskim Cmentarzu Wojennym „Katyń” pod Smoleńskiem, jak i w analogicznym kompleksie „Miednoje” pod Twerem, gdzie działał kolejny „taśmociąg śmierci” NKWD.
— No, zrównywać Stalina i bandytę Banderę — proszę wybaczyć…
— To znaczy, Stalin nie był bandytą?
— Stalin, wydaje mi się jednak, był znacznie ważniejszą postacią historyczną niż, przepraszam, Bandera.
— Tak, ale ta postać historyczna okupowała w 1939 roku Polskę wspólnie z nazistowskimi Niemcami.
— A czy Ukraina nie była częścią Związku Radzieckiego? Ukraińcy też tam byli! — mój rozmówca natychmiast znajduje odpowiedź. W jakich okolicznościach Ukraina została włączona do Rosji Sowieckiej, rzecz jasna pozostaje poza nawiasem.
W każdym razie, stwierdza Dmitrij kategorycznie, „obecny konflikt nie ma żadnego związku z II wojną światową i Wielką Wojną Ojczyźnianą”. Kiedy przypominam, że sam Władimir Putin wykorzystuje kult zwycięstwa do usprawiedliwiania rosyjskiej agresji, mój rozmówca na chwilę się zawiesza.
— No, Putin w zasadzie… Co tu powiedzieć? Nawet nie potrafię dobrać słów. To jest dla mnie straszne. To, co dzieje się na Ukrainie i w Rosji, jest straszne — zgadza się mój rozmówca.
„Wschody” – niezależny projekt o emigracji, życiu w Europie i sytuacji za nową żelazną kurtyną. Wesprzyj „Wschody”
