
Wrzesień już oddycha nam w kark, a wraz z nim kolejna rytualna pantomima wokół wyborów do Dumy Państwowej. Wszystko według sprawdzonego scenariusza: Kreml dokręca śrubę, „systemowa opozycja” udaje burzliwą aktywność, a większość społeczeństwa patrzy na to z wyczerpaną ironią. Znamy ten cyrk. Od dawna postawiłem krzyżyk na moskiewskich wyborach jako narzędziu realnej polityki. To droga donikąd. Zresztą Federacja Rosyjska i tak tam zmierza. Prawdziwe wyjście leży gdzie indziej: w odrodzeniu republikańskich tradycji regionów, w których władza nie spływa z góry, lecz wyrasta z ziemi i pochodzi od ludzi.
Wojna, gospodarcza pętla i narastające przez lata zmęczenie społeczne rodzą ostry, niemal fizyczny głód zmiany. Tyle że pionowa struktura władzy jest tak skonstruowana, by każdy taki impuls umiejętnie gasić, mielić i zamieniać w kolejną porcję lojalności. Wybory w unitarnym państwie z definicji nie dają regionom prawdziwego głosu. Służą jedynie odświeżeniu legitymacji centrum, które nadal wypompowuje zasoby, decyduje za wszystkich i wysyła ludzi na mięso. To imitacja. Im dłużej w nią gramy, tym głębiej grzęźniemy.
Unitaryzm centralistyczny jako źródło systemowego rozkładu
Rzecz nie sprowadza się do konkretnych postaci na szczycie piramidy, jak chcieliby niektórzy rosyjskojęzyczni blogerzy czy opozycyjni politycy. Problem leży w samej konstrukcji. Sztywna pionowa hierarchia nieuchronnie dusi inicjatywę lokalną, zamieniając regiony w dawców, surowcowe przybudówki i rezerwuar armatniego mięsa.
Weźmy mój rodzinny region Wołgi i Donu – klasyczny przykład. Ziemia o potężnej tradycji samorządności, kozackich wolności, wielonarodowym i wielowyznaniowym układzie. A co z tego zostało? Wszystko wtłoczono w system, w którym każda decyzja spływa z Moskwy. Skutek: wymieranie wsi i stanic, gospodarka nastawiona wyłącznie na obsługę centrum oraz dziesiątki tysięcy zabitych i okaleczonych w wojnie, której nikt poza Kremlem nie potrzebuje.
Historyczna Republika Dońska z lat 1918–1920, ze wszystkimi swoimi błędami, chaosem i wewnętrznymi sprzecznościami, pokazywała zupełnie inną zasadę. Władza rodziła się tam przez Krąg – przez mechanizmy, w których głos lokalnej wspólnoty naprawdę coś znaczył. Była to żywa, choć niedoskonała, próba życia według własnych praw, a nie według ukazów ze stolicy. Dzisiejszy centralizm nie tylko o tej tradycji zapomniał – metodycznie ją zdusił. A wraz z nią pogrzebał szansę na normalny, organiczny rozwój. Dopóki Moskwa decyduje, komu ile okruchów spadnie ze stołu, regiony skazane są na rolę przybocznych – zarówno w tłustych, jak i w chudych latach.
Dlaczego regionalne republiki są jedyną realną drogą
Od dawna jestem przekonany: żadnej „reformy Rosji od góry” nie będzie. To mit dla naiwnych. Wyjście leży w rozwoju regionalnych projektów republikańskich. Dla Donu jest to szczególnie naturalne. Odrodzenie tradycji Kręgu, wybieralności i prawdziwego samorządu lokalnego przywraca władzę tym, których bezpośrednio dotyczy. Nie urzędnikom w odległych gabinetach, lecz ludziom, którzy tu mieszkają, pracują i grzebią swoich bliskich.
Trzeba jednak od samego początku uważać, by nie poślizgnąć się. Nie da się budować nowego na wąskim fundamencie narodowych elit. Wąski nacjonalistyczny kierunek rozwoju Republiki Dońskiej to pewny sposób, by projekt zakopać. Kraj doński z natury zawsze był wielonarodowy i wielowyznaniowy. Kozacy, Rosjanie, Kałmucy, Ukraińcy, Ormianie, Tatarzy – różne narody, różne wiary, różne sposoby życia egzystowały obok siebie. Sprowadzić wszystko do „krwi i ziemi” oznacza zdradzić samą istotę idei republikańskiej i skazać ją na marginalność oraz porażkę.
Republika Dońska powinna stać się szeroką platformą obywatelską. Nie o etniczną wyjątkowość, lecz o wspólne wartości: wolność, godność człowieka, prawo do decydowania o własnym losie, szacunek dla własności prywatnej i rządy prawa. Tu konserwatywne korzenie – rodzina, wiara, pamięć przodków – spokojnie współistnieją z liberalnym rozumieniem praw i swobód. Najważniejsze, by projekt pozostawał otwarty dla wszystkich, którzy gotowi są żyć i pracować na tej ziemi według wspólnych reguł. Tylko taka otwartość daje prawdziwą siłę i perspektywę.
Odejście od pionowej hierarchii na rzecz zasady subsydiarności – gdy decyzje zapadają na poziomie, na którym są najbardziej skuteczne i zrozumiałe – to żywe ucieleśnienie republikańskiego ducha. Nie separatyzm dla pięknego gestu, lecz naturalne prawo ludzi do samodzielnego kształtowania własnego życia. Dziś, gdy federalna konstrukcja pęka pod ciężarem wojny i niekompetencji, takie projekty przestają być marzeniem, a stają się pilną koniecznością dla tych, którzy patrzą w przyszłość.
Koalicje wokół wartości, a nie wokół krwi
Mało jest rozważań o tym, jak będzie kiedyś albo jak było kiedyś. Trzeba działać już dziś. To zarówno poziome powiązania między aktywistami w całym kraju i poza jego granicami, jak i praca z diasporą oraz wypracowanie klarownej agendy, która trafi nie tylko do przekonanych, lecz także do tych, którzy po prostu mają dość niekończącej się wojny i samowoli. Koalicje należy budować nie według paszportu i krwi, lecz według wartości: wszystkich, którzy podzielają idee samorządności, wolności i osobistej odpowiedzialności.
Wyzwań jest, rzecz jasna, morze. Największe – nie pozwolić, by projekt stoczył się w wąską niszę nacjonalizmu. Historia pokazuje: imperia przychodzą i odchodzą, a zdolność ludzi do samoorganizacji pozostaje. Im wcześniej zaczniemy tę pracę, tym mniej będzie chaosu i krwi, gdy centralna pionowa struktura nieuchronnie osłabnie.
Szansa powrotu do republikańskich korzeni
Jestem pewien, że wrześniowe wybory przebiegną jak po nutach. Ktoś postawi krzyżyk, ktoś je zignoruje. Ale ci, którzy myślą nie o przyszłym poniedziałku, lecz o przyszłości swoich dzieci, już rozumieją: moskiewska iluzja zmian ostatecznie się wyczerpała. Realna polityka to dziś polityka regionów.
Dla nas to szansa powrotu do własnych republikańskich korzeni. Nie jako do etnicznego rezerwatu, lecz jako do nowoczesnego, otwartego, demokratycznego projektu, w którym każdy mieszkaniec może czuć się gospodarzem na swojej ziemi.
Nie będzie łatwo. Wymaga czasu, cierpliwości, szerokiego spojrzenia i umiejętności dogadywania się. Ale innej drogi, która uczciwie łączyłaby tradycję z wolnością, godność z pragmatyzmem – nie widzę.
