
W polskiej polityce ostatnich miesięcy narosło napięcie, którego nie da się sprowadzić do zwykłej przedwyborczej taktyki. Z jednej strony mamy suchą arytmetykę mandatów, z drugiej — pytanie o cenę, jaką państwo jest gotowe zapłacić za te mandaty.
Chodzi o możliwe uczestnictwo środowiska Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej w konstrukcjach omawianych obecnie po prawej stronie sceny. Nie o moralną ocenę polityków ani o zakaz konkurencji. O coś innego: gdzie przebiega granica, za którą kalkulacja władzy zaczyna dotykać strategicznego bezpieczeństwa państwa.
Pytanie to nie jest nowe. Wraca okresowo w różnych konfiguracjach. Dziś brzmi jednak szczególnie ostro, bo tuż za granicą trwa wojna, a Polska pozostaje jednym z kluczowych elementów wschodniej flanki. W takich warunkach każda umowa, która może wpływać na decyzje dotyczące armii, służb specjalnych lub relacji z sojusznikami, przestaje być wyłącznie wewnętrzną sprawą partii.
Co się naprawdę dzieje
W październiku 2026 roku prezydent Karol Nawrocki w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” stwierdził, że Konfederację Korony Polskiej należy traktować jako siłę obecną w polskiej polityce. Ma reprezentację parlamentarną, ma poparcie części wyborców. Te słowa odczytano jako sygnał: drzwi dla środowiska Brauna w ramach ewentualnego paktu senackiego nie są zamknięte.
Równolegle pojawiły się informacje, że otoczenie prezydenta prowadzi już rozmowy z osobami związanymi z Koroną. Na razie chodzi o pakt senacki — konstrukcję, w której w każdym okręgu jednomandatowym ma wystartować jeden uzgodniony kandydat prawej strony. Według wstępnych rozkładów Korona mogłaby pretendować do kilku miejsc. Sam pakt wielu traktuje jako poligon doświadczalny i pierwszy krok do szerszych ustaleń przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku.
W PiS reakcja okazała się niejednolita. Część polityków wyrażała otwarte zdziwienie. Jarosław Kaczyński przez ostatnie miesiące wielokrotnie i ostro dystansował się od Brauna, określając go jako postać wykraczającą poza granice tego, co w polityce dopuszczalne. Jednocześnie z tego samego środowiska dochodziły głosy bardziej stonowane: rozmowy być może będą prowadzone, ale nie osobiście przez prezesa, lecz przez osoby delegowane. Formuła „potrzebni są wyborcy Brauna, a nie sam Braun” stała się niemal powszechnym hasłem.
Temat wyszedł więc ze strefy całkowitego tabu. Przeszedł w przestrzeń pragmatycznego rachunku.
Arytmetyka władzy
Dlaczego ta sprawa nabrała takiej wagi? Odpowiedź leży w liczbach. Sondaże z ostatnich miesięcy pokazują, że szeroka koalicja prawicowa — PiS, Konfederacja, Rozwój Plus i Korona — jest w stanie zapewnić większość. Bez udziału środowiska Brauna ta większość staje się wyraźnie mniej pewna. Prawica znalazła się w sytuacji, w której każdy punkt procentowy poparcia zaczyna mieć znaczenie.
Pakt senacki w tej logice wygląda szczególnie atrakcyjnie. Okręgi jednomandatowe premiują porozumienie. Wspólny kandydat popierany przez kilka formacji ma większe szanse niż kandydaci startujący osobno. Dla PiS oznacza to konieczność oddania części miejsc. Dla pozostałych uczestników — szansę wejścia do konstrukcji, która wcześniej wydawała się zamknięta.
Politycy dyskutujący dziś te warianty posługują się językiem konieczności. Bez szerszego zjednoczenia prawa strona ryzykuje, że pozostanie poniżej progu potrzebnego do utworzenia rządu. W takiej logice Braun i jego otoczenie przestają być siłą marginalną, a stają się potencjalnym partnerem arytmetycznym. Niekoniecznie partnerem ideowym. Partnerem mandatowym.
Ta arytmetyka sama w sobie jest neutralna. Rejestruje jedynie układ sił. Ale właśnie ona tworzy presję, pod którą polityczne granice zaczynają się przesuwać.
Ślad kremlowski?
Zanim przejdziemy do ryzyk, warto spokojnie przypomnieć to, co wiadomo o powiązaniach środowiska Brauna z Rosją. Nie w formie oskarżenia, lecz w formie wyliczenia.
W grudniu 2018 roku Grzegorz Braun odwiedził Moskwę. Doszło tam do spotkania z Leonidem Swiridowem — rosyjskim dziennikarzem, który już w 2015 roku znalazł się na liście osób, których pobyt na terytorium Polski uznano za niepożądany. Równolegle do Rosji wyjeżdżali ludzie z najbliższego otoczenia — między innymi Włodzimierz Skalik i Agnieszka Piwar. Wyjazdy finansował Fundusz Wsparcia Dyplomacji Publicznej im. Aleksandra Gorczakowa — struktura powołana dekretem Dmitrija Miedwiediewa i działająca w ścisłym powiązaniu z rosyjskim aparatem polityki zagranicznej.
Później rosyjskie MSZ w osobie Marii Zacharowej publicznie wyróżniało wypowiedzi Brauna jako głos „zdrowego rozsądku” w relacjach z Rosją. W otoczeniu polityka pojawiały się deklaracje o potrzebie „normalizacji” stosunków, o celowości powrotu do projektów takich jak Nord Stream, o tym, że Polska nie powinna zajmować jednostronnej pozycji w konflikcie.
Te fakty istnieją od lat. Są udokumentowane. Nie stanowią tajemnicy. Pytanie nie brzmi, czy na ich podstawie wolno przykleić etykietę. Pytanie brzmi, na ile ten bagaż jest do pogodzenia z udziałem w konstrukcjach, które mogą wpływać na decyzje państwa w sferze bezpieczeństwa.
Ryzyka dla bezpieczeństwa
Właśnie w tym miejscu arytmetyka władzy zderza się z inną logiką — logiką strategicznego bezpieczeństwa. Jeśli środowisko Brauna uzyska choćby pośredni wpływ na politykę kadrową w strukturach siłowych, na pracę służb specjalnych lub na formułowanie polityki zagranicznej, pojawia się ryzyko instytucjonalne.
W warunkach trwającej tuż za granicą wojny każdy gracz mający udokumentowany ślad kontaktów z rosyjskimi strukturami staje się czynnikiem, którego nie da się zignorować. Sojusznicy patrzą na takie sprawy uważnie. Wewnętrzne służby bezpieczeństwa również. Spadek zaufania, dodatkowe pytania przy wymianie informacji, utrudniona koordynacja — to nie abstrakcje. To konkretne konsekwencje.
Nie chodzi o to, że Braun lub jego najbliżsi współpracownicy muszą zasiąść na kluczowych stanowiskach. Chodzi o coś innego. Konstrukcja polityczna, w którą wchodzi siła z takim bagażem, zaczyna funkcjonować inaczej. Tworzy przestrzeń dla nacisków, wątpliwości i wewnętrznych sporów wokół kwestii, które wcześniej uznawano za konsensualne. Armia, wywiad, polityka odstraszania — to obszary, w których dwuznaczność kosztuje szczególnie dużo.
Czy da się oddzielić „wyborców Brauna” od wpływu kręgu, który ci wyborcy reprezentują? Praktyka pokazuje, że takie rozróżnienie rzadko bywa czyste. Wpływ polityczny ma tendencję do rozlewania się. Nawet jeśli formalnie chodzi tylko o kilka mandatów senackich, sam fakt włączenia zmienia charakter całej konstrukcji.
Jaka może być koalicja prawicowa
Istnieją w zasadzie dwa scenariusze. Pierwszy — szeroka koalicja z udziałem Korony. Daje większość. Pozwala mówić o „jedności prawej strony”. Ale bierze na pokład siłę, której bagaż już teraz budzi pytania części społeczeństwa i zewnętrznych partnerów. Drugi scenariusz — koalicja bez Brauna. Czystsza z punktu widzenia bezpieczeństwa, lecz politycznie bardziej krucha. W niej wyższe jest ryzyko niedoboru mandatów i silniejsze napięcia wewnętrzne między uczestnikami.
Pytanie nie brzmi, która z tych konstrukcji jest „właściwa” w sensie moralnym. Pytanie brzmi, która z nich odpowiada długofalowemu interesowi państwa. Koalicja prawicowa może istnieć w różnych wariantach. Nie każdy wariant zachowuje jednak taką samą zdolność działania w sferze bezpieczeństwa bez dodatkowych zastrzeżeń i wątpliwości.
Tu właśnie pojawia się główne pytanie polityczne. Czy warto dla władzy zawierać porozumienia, których cena może okazać się wyższa niż sama władza? To pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Ale sam fakt, że zostało głośno postawione, już zmienia jakość debaty.
Pakt z Braunem to nie tylko historia o miejscach w Senacie i przedwyborczych układach. To historia o tym, gdzie kończy się polityczna celowość, a zaczyna strefa, w której decyzje zaczynają wpływać na strategiczną odporność państwa. Arytmetyka władzy zawsze kusi. Obiecuje szybki rezultat. Bezpieczeństwo jest jednak kategorią innego rzędu. Nie wybacza dwuznaczności tak łatwo, jak czyni to matematyka wyborcza.
„Wschody” – niezależny projekt o emigracji, życiu w Europie i sytuacji za nową żelazną kurtyną. Wesprzyj „Wschody”
