
Pianista Evgeny Alexeev opowiedział „Wschodom”, jak powstają jego covery klasyki „rosyjskiego rocka”, o czym pokłócił się zaocznie z grupą DDT, za co niektórych rockmanów wykluczył ze swojego repertuaru oraz jak brzmi nostalgia za Petersburgiem. W 2026 roku ukazał się jego drugi z kolei album-tribut „Akwarium” – doskonała okazja do rozmowy, która oczywiście nie ograniczyła się wyłącznie do coverów.
Evgeny Alexeev to pianista, kompozytor i producent muzyczny. Absolwent leningradzkiej szkoły fortepianowej, od 2010 roku mieszka w Niemczech. W muzyce klasycznej występuje z programami solowymi, współpracuje z orkiestrami i teatrami. Jednak rodacy znają go przede wszystkim dzięki autorskim opracowaniom „rosyjskiego rocka”. Na koncie Alexeeva znajdują się fortepianowe albumy-tributy poświęcone „Akwarium” i „Grażdanskiej Oboronie”. Dwa kolejne wydane albumy to obszerne medytacyjne improwizacje.
1. O emigracji i wyborze repertuaru
— Po tylu latach w Stuttgarcie nadal, obok innych aktywności, gra pan rosyjską tradycję rockową i improwizuje na tematy wyraźnie związane ze wspomnieniem Sankt Petersburga. Czy można powiedzieć, że pańska muzyka stała się swego rodzaju tłumaczeniem z jednego języka kulturowego na drugi – i czy zdarzają się momenty, gdy to tłumaczenie się załamuje?
— Trzeba tu rozdzielić moje życie przed lutym 2022 roku i po nim. Wyjechałem z Rosji, gdy nie był to jeszcze trend – w 2010 roku. Ale wtedy wyjechałem po prostu na studia, a do ojczyzny regularnie wracałem, także z koncertami. W moim programie coverów rockowych znaczną część – nie mniej niż jedną czwartą wszystkich utworów – stanowiły aranżacje piosenek petersburskich rockmanów. Nie wynikało to nawet z nostalgii za Petersburgiem, ponieważ nostalgii za alternatywnymi ruchami lat 80. i 90. właściwie nie miałem i mieć nie mogłem – w tę kulturę wniknąłem już jako uformowany muzyk, niemal z dyplomem konserwatorium w kieszeni.
Szczerze uważam, że właśnie Leningrad/Sankt Petersburg zostawił najistotniejszy i najjaśniejszy ślad w rodzimej kulturze rockowej, choć doceniam twórczość muzyków także z innych miast. Jeśli układa się zestaw piosenek rosyjskiego rocka, to pominąć KINO, „Akwarium”, DDT, „Piknik” czy „Nautilus Pompilius” (pochodzący z Uralu, ale coś jednak przyciągnęło go nad Newę) jest po prostu niemożliwe. W ten sposób zbiera się spora część programu.
A od 2022 roku przestałem przyjeżdżać do Rosji i de facto przestałem grać koncerty coverowe. Pojedyncze twórcze zrywy, jak moja spontaniczna improwizacja „St. Petersburg Melancholy”, to raczej smutne wspomnienia tego, czego już nie ma i nie będzie.
Muzyka jako tłumaczenie z jednego języka kulturowego na drugi? Moim zdaniem prawdziwa muzyka nie potrzebuje dodatkowych tłumaczy – jest odbierana bezpośrednio i natychmiast. Oczywiście ten bukiet skojarzeń, jaki ma rosyjskojęzyczny słuchacz mojego pokolenia (plus minus dziesięć lat), nie pojawi się u Niemca czy Polaka, jeśli usłyszy melodię „Kukuszki” czy „To wszystko”. Natomiast na tamtych, już minionych koncertach w Rosji, czynnik nostalgii był kluczowy.
2. O narodzinach muzyki
— Pańskie długie improwizacje często brzmią jak próba nadania formy czemuś bezkształtnemu. Gdy komponuje pan i gra utwory takie jak „THE WAR” czy „St. Petersburg Melancholy”, co jest dla pana ważniejsze – utrwalenie chwili muzyką czy pozostawienie słuchaczowi przestrzeni do zrozumienia i rozwinięcia pańskiego przesłania? Czym jest dziś dla pana improwizacja – językiem, terapią, diagnozą czy czymś zupełnie innym?
— Wspomniane przez pana improwizacje wcale nie są długie. Potrafię improwizować godzinami, a te trwają zaledwie kilka minut. Sam jeszcze nie wymyśliłem, jak je właściwie nazwać. Słowo „improwizacja” mi się nie podoba – od razu wywołuje fałszywe skojarzenia z powierzchownym „brzdąkaniem” na zadanym temacie muzycznym. Termin „kompozycja” wydaje mi się zbyt ciężki – kompozytor zazwyczaj siedzi przy stole, instrumencie czy komputerze i wnikliwie zapisuje każdą nutę, ponosząc za nią odpowiedzialność.
Moje utwory rodzą się błyskawicznie, bezpośrednio na scenie – tę umiejętność przekształciłem w pełnoprawny format koncertowy „My Your Music”. Najważniejsze, czego do tego potrzebuję, to zewnętrzny, fabularny obraz. Jeśli obraz jest spójny i emocjonalnie nasycony, moje ręce już same wiedzą, co zagrają – nie muszę nawet angażować mózgu. Lepiej nawet, gdy głowa działa tylko jako obserwator i łagodny kontroler: pilnuje, by nie wciskać zbędnych klawiszy, wyobraża sobie ramy formy i tak dalej. Wszystko inne robią ręce i uszy w nierozerwalnym związku.
Najwyższym stopniem sukcesu jest dla mnie moment, gdy widzę, że słuchacz rozpoznał obraz, który zarysowałem przed wykonaniem. To znaczy, że przekazałem go jasno i zrozumiale. Jestem przekonany, że środki muzycznego języka na to pozwalają.

3. O „sporze” z DDT
— Przekładając rosyjski rock na czyste fortepian, usuwa pan głos i elektryczność, ale można powiedzieć, że zostawia esencję. Jak pan sam odczuwa tę transformację – jako akt szacunku czy może cichego sporu z oryginałem?
— Moim twórczym celem przy aranżacji popularnych piosenek – niekoniecznie rockowych – przez wszystkie lata ich grania pozostaje niezmienny: ważne jest dla mnie oddanie muzycznej istoty utworu. Muzyczna istota nie jest przekazywana ani przez głos ze słowami, ani przez elektryczne efekty. Zawiera się w trzech „wymiarach”: melodii, harmonii i rytmicznej pulsacji. Usunąć którekolwiek z nich – i istota piosenki ginie.
Z melodią i harmonią jest jasno, ale jak przekazać na akustycznym fortepianie energię piosenki, wyrażoną przede wszystkim w jej surowym rytmie, podkreślanym zwykle przez perkusję i gitary elektryczne? Właśnie tu ujawnia się mój – przepraszam za brak skromności – talent: potrafię „wczuć się” w energię samej piosenki, w jej wewnętrzną pulsację, i moje ręce same znajdują fakturę, która najwierniej ją przełoży na dźwięki zwykłego fortepianu, bez dodatkowych środków.
Mój cover może ustępować innym pod względem wirtuozerii czy ścisłego oddania melodii oryginału, ale słuchacz słyszy w nich samą piosenkę, w jego głowie (jak wynika z opinii) same pojawiają się głosy wokalistów, słyszy całe brzmienie rockowej grupy, choć ja gram tylko na zwykłym fortepianie. Jeśli publiczność słyszy pianistę-wirtuoza, który wyszedł popisać się umiejętnościami – to porażka. Jeśli publiczność zanurza się w świat samej piosenki i zaczyna podśpiewywać w myślach lub na głos – to dla mnie sukces.
Czy spieram się z oryginałem? Tak, zdarza się, ale nie wychodzi to poza ramy oddawania istoty piosenki. Po prostu zostawiam sobie prawo – tak, to trochę zuchwałe, ale uważam, że pozwala mi na to talent i kwalifikacje – by nie zgadzać się z pierwotną aranżacją, którą mogę uznać za sprzeczną z istotą utworu. Na przykład oryginał „Piosenki o wolności” DDT brzmi jak zwycięski marsz przy akompaniamencie ciężkiego gitarowego rocka. A ja jestem przekonany, że ta piosenka ma zupełnie inny nastrój, jej melodia i harmonia nie odpowiadają temu dość prymitywnemu pulsowi. To raczej smutek o tę wolność, do której dążyliśmy i którą zdołaliśmy jedynie na krótko utrzymać w rękach. I wolność oczywiście wewnętrzna, a nie polityczna. I z pewnością nie „Naprzód na barykady!” – jak brzmi w oryginale.
Pozwoliłem sobie znacząco zmienić nastrój piosenki, przybliżając ją, jak mi się wydaje, do jej istoty. Przy tym praktycznie nic nie zmieniłem ani w melodii, ani nawet w instrumentalnym interludium. A nawet ta wzburzona pulsacja nigdzie nie znika i narasta od zwrotki do zwrotki. Wszystko jest proste: ona, pulsacja, jest częścią istoty piosenki, a twardy gitarowy rock to już fantazja aranżerów.
— Czy zdarza się, że po pańskim wykonaniu słuchacz wraca do oryginału i słyszy go inaczej?
— Tak dzieje się niemal zawsze. Co więcej, niektórzy słuchacze poznają moje wersje piosenek, zanim zapoznają się z oryginałem. Twórczość tego samego Letowa to produkt, jak się dziś mówi, „niszowy”. Tak, ma miliony fanów, ale to dość zamknięty klub: albo zna się go dobrze i szczegółowo, albo w ogóle się go nie zna i nie słyszało.
Często na moich koncertach lub w komentarzach na YouTube pojawiają się osoby, które przyszły do mnie „mainstreamową” ścieżką: zagraniczny rock (też sporo go w moim repertuarze), leningradzki klub rockowy, a nawet muzyka z filmów, na przykład „Wiatr zmian”, który stał się popularny na YouTube. I tu trafiają na „Moją obronę” czy „Długie szczęśliwe życie”: „O, ciekawa melodia, sprawdzę!” Oglądają moje filmy, dodają do playlist moje tributy GO na platformach streamingowych i dopiero potem interesują się oryginałem… Niektóre oryginalne wersje ich szokują.
4. O obrazie Petersburga
— Pańska muzyka często niesie melancholię Petersburga, choć tworzy ją pan w Niemczech. Jak postrzega pan rolę takiej „emigranckiej pamięci” w zachowaniu, a może przeciwnie – w przewartościowaniu dziedzictwa kulturowego, które jest obecnie aktywnie przepisywane z różnych stron?
— Widzę, że szczególnie poruszyła pana ta moja praca, o której już wspominałem. To „zaledwie” epizod z jednego z moich koncertów w Stuttgarcie. Moja koleżanka i dobra znajoma, która studiowała i przez wiele lat mieszkała w Petersburgu, a teraz mieszka i pracuje w Stuttgarcie, zgłosiła się z takim „zamówieniem”: „Żenia, bardzo tęsknię za Petersburgiem. Możesz to zagrać?” Potem razem z publicznością zaczęliśmy „rozpędzać” ten obraz: należało wyrazić jednocześnie emocję nostalgii, czyli smutku za czymś, co odeszło, ale też nadać obrazowi charakterystyczne cechy właśnie Petersburga. Jakie to cechy? Pochmurna, wietrzna pogoda, kontrast między szarym tłem a jaskrawymi „bohaterami” – budynkami, ulicami, ludźmi… W efekcie nie musiałem specjalnie niczego wymyślać: jako petersburżanin o wiele łatwiej mi było zanurzyć się w obraz Petersburga niż jakiegokolwiek innego miasta. Gdyby poproszono mnie o zilustrowanie życia w Stuttgarcie, byłoby mi trudniej i wymagałoby więcej konkretów: gdzie, kto, co robi, co czuje i tak dalej.
5. O wspólnym poszukiwaniu ze słuchaczem
— Pańska publiczność jest rozproszona po Rosji, Europie, Kazachstanie i dalej. Dla kogo gra pan dziś przede wszystkim – dla tych, którzy zostali, dla tych, którzy wyjechali, czy już dla tych, którzy urodzą się później i będą słuchać tego jak dokumentu epoki?
— Moje ego nie jest na tyle gigantyczne, by myśleć o uznaniu dalekich potomków. Ono – ego – jest w ogóle wyzerowane, jeśli chodzi o „ślad w historii”. Dla mnie liczy się konkretna chwila: tu i teraz. Zapraszam słuchaczy na koncert, by tu i teraz porozmawiać z nimi – zwykłym i muzycznym językiem, wymienić energię, poczuć moment powstawania muzyki z „niczego”. To dość rzadkie doświadczenie, więc wydaje mi się, że potencjał takiego formatu jest nieograniczony, tylko na razie trudno mi to przekonująco i atrakcyjnie zaprezentować, „sprzedać”, mówiąc językiem marketingu.
Inni moi koledzy skutecznie „sprzedają” dość proste emocje: zachwyt wirtuozerią, „odlot” od odbioru „wygodnych”, w dużej mierze wtórnych sekwencji harmonicznych (99 proc. tak zwanej „neoklasyki” tym grzeszy) czy reakcję na znajome – wykonanie już znanej muzyki, klasycznej czy jakiejkolwiek innej. Trudniej „sprzedać” rozmowę, wspólne poszukiwanie, zanurzenie w nieznane. Tym przyjemniejsze są opinie po koncertach, gdy słuchacze przyznają, że nie do końca wiedzieli, na co idą, ale ostatecznie przeżyli wrażenia, jakich nigdy wcześniej nie mieli.
6. O drugim tributie „Akwarium”
— Między pierwszą częścią „Akwarium” z 2019 roku a drugą w 2026 roku minęło siedem lat, w tym całkowity rozpad świata. Czy zmieniło się coś w odbiorze tych piosenek przez ten czas – czy jest coś, co teraz pan w nich słyszy, czego nie słyszał lub nie pozwalał sobie usłyszeć przed 2022 rokiem?
— Istotna różnica polega na tym, że w okresie między moim przyjazdem do Niemiec w 2010 roku a rokiem wydania pierwszej części tributu piosenki „Akwarium” były głównym soundtrackiem mojego życia. Słuchając w odtwarzaczu wiele rzeczy – muzykę, audiobooki, podcasty i tak dalej – zawsze miałem folder z albumami „Akwarium” z różnych lat, głównie z końca lat 80. i 2000. Prawie codziennie włączałem te piosenki – po prostu dla siebie, jako swoistą mantrę, psychoterapię. Był okres, gdy piosenki Borysa Grebenszczikowa naprawdę ratowały mnie w dość tragicznych momentach życia. Gdyby dekadę dało się opisać twórczością jednej grupy muzycznej, to dla mnie lata 10. XXI wieku to zdecydowanie „Akwarium” i BG. Logicznym zwieńczeniem był album-tribut, który – wówczas pierwszy i do tej pory jedyny – ukazał się nie tylko cyfrowo i na CD, ale także na winylu.
Lata 20. to już inny czas. Nadal kocham piosenki BG i „Akwarium”, przyjaźnię się z wieloma muzykami grupy, staram się nie opuszczać ich koncertów. Ale w moim życiu wiele się zmieniło, a świat od 2019 roku zmienił się gruntownie. Nowy album to nie moje wrażenia z muzyki BG z ostatnich lat. Nie – to kontynuacja tamtych, starych wrażeń, właśnie druga część tamtego albumu, piosenki, które mógłbym zagrać już wtedy (z wyjątkiem niektórych napisanych w latach 20.), ale ponieważ album „nie jest z gumy”, trzeba było poczekać kilka lat. Tak, piętno wydarzeń ostatnich lat musiało się odbić na tym albumie, ale jego rola nie jest aż tak istotna. W pewnym sensie ten album, nagrany w 2024 i wydany w 2026 roku, to mój list powitalny do mnie samego z lat 10. Zresztą nie przywykłem do przesyłania samemu sobie muzycznych pozdrowień: obie części tributu Jegorowi Letowowi i „Grażdanskiej Oboronie” zostały nagrane na przełomie lat 10. i 20., choć dla mnie samego twórczość Letowa odgrywała ważną rolę dekadę wcześniej.
7. O planach na Warszawę
— Tradycyjne dla naszej rubryki pytanie końcowe – kiedy do Warszawy?
— Choćby jutro! Żartuję – na jutro mam już pewne plany, ale tak naprawdę, jeśli pyta pan o koncert w Warszawie, zorganizowanie go jest o wiele prostsze, niż się wydaje. W Warszawie można by zrobić zarówno w pełni improwizacyjny koncert w formacie „My Your Music” (mój podstawowy program), jak i nostalgiczny koncert coverowy, biorąc pod uwagę liczną rosyjskojęzyczną publiczność osiadłą w stolicy Polski.
Moje doświadczenie pokazuje, że taki repertuar może zainteresować nie tylko byłych Rosjan, lecz także Białorusinów i Ukraińców. Na YouTube można znaleźć moją wersję białoruskiego hymnu protestu „Mury” oraz kilka piosenek ukraińskiej grupy „Okean Elzy”. Główną część programu rosyjskiego rocka musiałem oczywiście przerzedzić o utwory autorów, którzy splamili się poparciem putinowskiej agresji. Na szczęście na początku było ich w moim repertuarze bardzo niewiele. A Warszawę bardzo lubię i z radością przyjadę z koncertem – zapraszajcie!
Nowy album Evgeny’ego „Evgeny Alexeev gra Akwarium, vol. 2” ukaże się wkrótce i będzie dostępny na wszystkich głównych platformach muzycznych.
Słuchać: https://open.spotify.com/album/0u0ZggUmlDNdbekAhmTYsc
