
Rozłam w PiS stał się pierwszym od wielu lat wydarzeniem, które podważyło polityczny monopol Jarosława Kaczyńskiego na polskiej prawicy. Dotychczas wszystkie kryzysy w partii kończyły się tak samo: niezadowoleni odchodzili, a PiS zachowywał kontrolę nad swoim elektoratem. Tym razem sytuacja jest inna.
Wraz z Mateuszem Morawieckim partię opuszcza około czterdziestu posłów, senator oraz kilku europosłów. Po raz pierwszy rozpada się nie peryferyjna część PiS, lecz jego dawna elita rządząca.
Jako pierwsza próbuje to wykorzystać Konfederacja. Jej liderzy nie ukrywają swoich ambicji. Krzysztof Bosak otwarcie stwierdził, że rozpad PiS otwiera jego ugrupowaniu drogę do uzyskania statusu głównej siły polskiej prawicy. Sławomir Mentzen poszedł jeszcze dalej, twierdząc, że rozłam był nieunikniony, ponieważ po Kaczyńskim PiS w obecnym kształcie i tak nie mogła już istnieć. Według niego Morawiecki rozumiał, że podczas kolejnych wyborów Kaczyński po prostu skreśli jego ludzi z list wyborczych, dlatego już teraz był zmuszony rozpocząć budowę własnego projektu politycznego.
Taka ocena nie jest odosobniona. Wielu polskich politologów rzeczywiście uważa, że to właśnie Konfederacja staje się głównym pretendentem do przejęcia elektoratu rozczarowanych wyborców PiS. Chodzi przede wszystkim o młodych, bardziej radykalnych i protestowo nastawionych konserwatystów, dla których partia Kaczyńskiego przez lata sprawowania władzy przestała być symbolem zmiany, a stała się częścią politycznego establishmentu.
Jednak właśnie w tym miejscu zaczyna się główny spór. Większość analityków nie podziela optymizmu Bosaka. Przypominają oni, że Konfederacja do tej pory nie udowodniła swojej zdolności do wyjścia poza tradycyjny rdzeń własnego elektoratu. Jej wyborcą jest przede wszystkim młody mężczyzna o poglądach narodowo-konserwatywnych lub libertariańskich.
Aby stać się partią numer jeden, musi przekonać do siebie znacznie szerszą grupę Polaków, w tym emerytów, mieszkańców mniejszych miejscowości oraz tradycyjny konserwatywny elektorat PiS, który przez lata głosował raczej na markę Kaczyńskiego niż na konkretne nazwiska. Dlatego polscy eksperci mówią nie o nieuchronnym zwycięstwie Konfederacji, lecz jedynie o pojawieniu się największej politycznej szansy w historii istnienia tej partii.
Kolejnym potencjalnym zwycięzcą może okazać się prezydent Karol Nawrocki. Senator Grzegorz Schetyna zasugerował już, że z czasem Kaczyński będzie zmuszony oddać mu rolę głównego lidera polskiej prawicy. Jeszcze niedawno podobne stwierdzenia mogły wydawać się polityczną fantazją. Dziś stały się już przedmiotem poważnej debaty ekspertów. Jeśli PiS przestanie być jedynym centrum przyciągania konserwatywnego elektoratu, prezydent automatycznie stanie się samodzielnym ośrodkiem wpływu, zdolnym konkurować zarówno z Kaczyńskim, jak i z Morawieckim.
Jednocześnie eksperci przestrzegają przed lekceważeniem samego Morawieckiego. Nie odchodzi on samotnie, lecz wraz z liczną grupą parlamentarną. Jeżeli uda mu się szybko zbudować pełnoprawną strukturę partyjną, to właśnie on, a nie Konfederacja, może stać się głównym spadkobiercą umiarkowanego elektoratu PiS. W takim przypadku polska prawica zostanie podzielona nie na dwa, lecz od razu na trzy konkurujące ze sobą ośrodki siły — PiS, projekt Morawieckiego oraz Konfederację. Dla Kaczyńskiego byłby to najbardziej niebezpieczny scenariusz: walka toczyłaby się już nie z jednym rywalem, lecz jednocześnie na kilku frontach.
Paradoksalnie zyskuje również rządząca koalicja Donalda Tuska. Nie dlatego, że liczy na przejęcie byłych wyborców PiS — większość ekspertów uważa taki masowy przepływ elektoratu za mało prawdopodobny. Jej główna korzyść jest inna: im więcej graczy pojawi się po prawej stronie, tym trudniej będzie im porozumieć się między sobą po wyborach. Wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski nazwał już obecną sytuację końcem wieloletniego duopolu PiS i Platformy Obywatelskiej. Jego zdaniem prawica wchodzi w okres atomizacji, w którym zamiast jednej dominującej partii pojawi się kilka konkurujących ze sobą ośrodków politycznych.
Dlatego najważniejsza polityczna intryga nie dotyczy dziś tego, czy PiS przetrwa kolejny rozłam. Najprawdopodobniej przetrwa. Pytanie brzmi raczej, czy pozostanie bezdyskusyjnym liderem polskiej prawicy. O ile jeszcze niedawno odpowiedź wydawała się oczywista, o tyle dziś polscy eksperci po raz pierwszy na poważnie rozważają scenariusz, w którym epoka politycznej hegemonii Jarosława Kaczyńskiego rzeczywiście dobiega końca.
