
W te majowe dni wspomina się ofiary jeszcze jednej stalinowskiej masowej deportacji — Tatarów krymskich. W ciągu zaledwie trzech dni — od 18 do 20 maja 1944 roku — z Półwyspu Krymskiego przymusowo wywieziono 180 tysięcy osób. Na spakowanie dawano od kilku minut do pół godziny. Tych, którzy stawiali opór lub nie mogli iść, rozstrzeliwano na miejscu. Tysiące ludzi zginęły w drodze, w przepełnionych wagonach.
Dziś tragedia Tatarów krymskich powtarza się na nowo. W 2014 roku, wraz z zajęciem Krymu przez Rosję, nastąpiła nowa fala czystek etnicznych.
Spośród 310 mieszkańców Krymu uznanych za więźniów politycznych 174 to Tatarzy krymscy — dzieli się statystyką obrońców praw człowieka wolontariuszka organizacji „Odwaga nie zna granic” Natalia Kondel. Liczby te wybrzmiewają podczas wieczoru pamięci poświęconego tej żałobnej dacie, zorganizowanego przez „Odwagę…”
Niewielka sala w centrum Warszawy jest wypełniona po brzegi. Na ścianach fotografie. Historyczne zdjęcia z lat czterdziestych sąsiadują ze świeżymi fotografiami ofiar rosyjskiej okupacji. Ze sceny płyną opowieści o represjach — tamtych i dzisiejszych.
Później Natalia Kondel opowie mi o kobiecie, która wykonała tego wieczoru ze sceny pieśń Tatarów krymskich. Ona wraz z mężem uciekła z Krymu całkiem niedawno — pół roku temu. Funkcjonariusze oskarżyli mężczyznę o pomoc batalionowi krymskotatarskiemu walczącemu za Ukrainę. Od aresztu śledczego uratowała go już wyznaczona operacja chirurgiczna. Otrzymawszy czas, małżonkowie postanowili nie kusić losu — i opuścili półwysep.

Statystyka dzisiejszych represji wobec Tatarów krymskich jest bardzo konserwatywna i może okazać się jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Ludzi oskarża się z poważnych artykułów — „terroryzm”, „zdrada stanu” — i sądzi w zamkniętych procesach przez trybunały wojskowe w Rostowie nad Donem. Informacje o tych sprawach niezależni prawnicy zbierają dosłownie po okruchach.
Wielu Tatarów krymskich nie czekało jednak, aż po nich przyjdą — i opuściło półwysep samodzielnie jeszcze w 2014 roku, doskonale rozumiejąc, co oznacza powrót Rosji na Krym.
Wśród nich są małżonkowie Ernes Sulejmanow i Elmira Seit-Ametowa, którzy znaleźli się w Warszawie.
Aktywista Euromajdanu Ernes Sulejmanow otworzył w stolicy Polski kawiarnię „Krym” dokładnie po drugiej stronie ulicy od ambasady Rosji. Dowiedziawszy się, że przy ulicy Belwederskiej wynajmowany jest lokal, Sulejmanow nie mógł odmówić sobie przyjemności „potrollowania” rosyjskich dyplomatów. Nad tą kawiarnią powiewają trzy flagi — polska, ukraińska i sztandar z herbem Chanatu Krymskiego.

Zarówno Ernes, jak i Elmira przeprowadzili się na Krym już jako dorośli. Urodzili się w Azji Środkowej, dokąd na zesłanie trafili ich rodzice.
Ojciec Ernesa, Fachri, miał sześcioro rodzeństwa. Dwoje najstarszych — siedemnastoletniego brata i piętnastoletnią siostrę — oddzielono od rodziny jako dorosłych i wysłano: jego na Syberię, a ją do Kraju Permskiego. Spośród dzieci, które pozostały z matką, przeżył tylko Fachri. Matka również zmarła z wycieńczenia i infekcji. Chłopiec, który sam do tego czasu zamienił się w chodzący szkielet, kopał jej grób aluminiową miską.
Uratował go współmieszkaniec wsi, którego deportowano do Azji Środkowej prosto z frontu. Był radzieckim żołnierzem i walczył przeciwko nazistowskim Niemcom — ale to nie powstrzymało władz.
Zgodnie z oficjalną radziecką propagandą Tatarów krymskich deportowano „za kolaborację” — lecz czystki oczywiście objęły wszystkich bez wyjątku. Władza radziecka nie zrobiła wyjątku nawet dla dwóch Bohaterów Związku Radzieckiego. Im również zakazano powrotu do ojczyzny.

Ernes Sulejmanow wspomina, jak niegościnnie witał ich Krym, gdy zakaz został wreszcie zniesiony. Było to już w latach dziewięćdziesiątych. Faizi chciał pokazać synowi dom, w którym się urodził i dorastał — ale ponury właściciel zagroził, że poszczuje ich swoim psem łańcuchowym.
A pieniędzy, które zgromadził ojciec Elmiry, wystarczało jedynie na zakup rudery. Głowa rodziny postanowiła odłożyć więcej pieniędzy i wrócić za rok — lecz przez ten rok ceny wzrosły tak bardzo, że nieosiągalne stały się nawet rudery. W końcu znaleziono odpowiedni dom, strony uścisnęły sobie dłonie — ale kiedy ojciec wywiózł z niego cztery samochody śmieci, wrócił właściciel i oświadczył, że się rozmyślił: „Zaproponowano mi o tysiąc dolarów więcej”.

Swojego syna Ernes nazywa pierwszym w ich rodzinie Tatarem krymskim urodzonym na swojej historycznej ojczyźnie. Ale po 2014 roku także on został zmuszony do opuszczenia swojego domu. I na jak długo — nie wie nikt.
„Odwaga nie zna granic” od 2022 roku plecie siatki maskujące dla Sił Zbrojnych Ukrainy, zbiera środki na leki dla żołnierzy i pomoc humanitarną dla dwóch zaprzyjaźnionych domów dziecka, ewakuowanych na tyły Ukrainy z terytoriów okupowanych przez Rosję.

Tym razem środki zbierano bezpośrednio podczas wieczoru, organizując aukcję charytatywną i kiermasz. Sala była pełna gości — nie mniej niż 80 osób — a wolontariusze zebrali prawie dwa tysiące złotych.
— Dla naszej małej prywatnej organizacji to przyzwoita suma. Kilka tysięcy zwykle zbieramy przez cały miesiąc — opowiedziała „Wschodom” wolontariuszka Natalia Kondel.

W „Odwadze” przeważają obywatele Ukrainy. Tetiana Charczenko, która prowadzi aukcję, pochodzi z obwodu chersońskiego. W swojej ojczyźnie pracowała jako wicedyrektorka szkoły. W jej domu gospodarują teraz obcy, którzy przyszli wraz ze starą nową władzą.
Ale Tetiana nie traci nadziei:
— Ludzie czekali czterdzieści pięć lat — i wrócili. My też doczekamy.
Slajdy w galerii poniżej można przewijać jak strony albumu:
„Wschody” – niezależny projekt o emigracji, życiu w Europie i sytuacji za nową żelazną kurtyną. Wesprzyj „Wschody”





























