
Informacja o ukraińskiej szkole nazwanej na cześć Bandery od marca krąży w polskiej przestrzeni medialnej. Temat podchwycił eurodeputowany Grzegorz Braun — i przewidywalnie wykorzystał go jako argument przeciwko pomocy wojskowej dla Ukrainy. Przypadek „szkoły «Banderowiec»” to przykład półprawdy, gdy chwytliwa nazwa działa jak silny trigger, a istotne szczegóły są pomijane.
Wirusowe wideo, pokazujące fragment wystąpienia lidera Konfederacji Korony Polskiej i europosła Grzegorza Brauna w Parlamencie Europejskim, krąży w mediach społecznościowych od 11 marca. Tego dnia w Parlamencie Europejskim dyskutowano o warunkach integracji Ukrainy z UE, w tym o wspólnym europejskim rynku uzbrojenia.
To właśnie tej kwestii uchwycił się Braun, który „przewidział”, że „pieniądze europejskiego biznesu pójdą na uzbrojenie Ukrainy”.
„Jestem Polakiem. Nie mogę zaakceptować wydawania pieniędzy moich rodaków na zbrojenie ludzi, którzy kultywują tradycję ludobójstwa. Ukraińcy właśnie otworzyli szkołę we Lwowie nazwaną imieniem Bandery, który był odpowiedzialny za ukraińskie ludobójstwo na polskich cywilach” — oświadczył polityk.
Źródłem informacji Brauna był najprawdopodobniej wpis ukraińskiej historyczki Marty Hawryszko, która 7 marca poinformowała o tym na swoim koncie na Twitterze:
„W moim rodzinnym Lwowie oficjalnie otwarto wojskowo-patriotyczną szkołę o nazwie «Banderowiec». Ma ona rzekomo «wychowywać» młodzież w wieku od 15 do 25 lat, ale w rzeczywistości bardziej przypomina fabrykę prania mózgów, zbudowaną wokół kultu ofiary i śmierci”.
Polskie MSZ było świadome sytuacji, jednak wiceminister spraw zagranicznych Władysław T. Bartoszewski stwierdził, że nie widzi podstaw do tak ostrej reakcji, jak wezwanie ambasadora Ukrainy.
„MSZ reaguje wtedy, kiedy rzeczywiście widzimy ku temu powód. Nie popieramy ideologii banderowskiej, to jest oczywiste. Natomiast proszę zwrócić uwagę, że dla Ukraińców Bandera ma zupełnie inne konotacje niż dla Polaków” — cytuje odpowiedź urzędnika portal tysol.pl.
Dlaczego MSZ nie dostrzegło podstaw do ostrej reakcji, artykuł nie wyjaśnia.
Podstawowy fact-checking przeprowadzony przez redakcję „Wschodów” wykazał, że „szkoła «Banderowiec»” we Lwowie formalnie istnieje. Chodzi jednak o prywatną, lokalną inicjatywę trzech organizacji społecznych. Nie jest to szkoła w tradycyjnym rozumieniu — nie ma nawet własnej siedziby. Z zapowiedzi wydarzeń w mediach społecznościowych wynika, że:
a) zajęcia odbywają się nieregularnie;
b) aby wziąć w nich udział, trzeba przejść osobną rejestrację;
c) miejsce zajęć jest podawane uczestnikom dopiero po zapisaniu się.
Wszystko to wskazuje co najmniej na to, że inicjatywa ta nie cieszy się żadnym szczególnym wsparciem władz — ani lokalnych, ani państwowych. Nie można więc mówić o niej jako o wyraźnym trendzie.
Nie ma też mowy o masowości. Na zdjęciach dostępnych w mediach społecznościowych można doliczyć się maksymalnie około 25 osób — najwyraźniej łącznie z wykładowcami i organizatorami.
„Szkoła «Banderowiec»” opisywana jest w mediach społecznościowych jako „wojskowo-edukacyjny projekt dla młodzieży, współtworzony przez uczestników trwającej wojny rosyjsko-ukraińskiej oraz wolontariuszy”.
Redakcja „Wschodów” celowo nie podejmuje wątku postaci Stepana Bandery, mając świadomość, że jest on różnie postrzegany w Polsce i Ukrainie. Warto jednak doprecyzować, że w czasie tragicznych wydarzeń znanych jako rzeź wołyńska Bandera przebywał w niemieckim obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Był więc odsunięty od procesu tworzenia Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) na Wołyniu. Nie istnieją też dowody na to, że był organizatorem masowych mordów na Wołyniu. O tym fakcie media często zapominają wspomnieć, przywołując temat Wołynia w kontekście „szkoły «Banderowiec»”.
Historyczka Marta Hawryszko, która rozpowszechniła tę informację, często znajduje się w centrum kontrowersji. Bywa nawet oskarżana o współpracę z Kremlem. Jej retoryka w mediach społecznościowych rzeczywiście bywa zbliżona do retoryki rosyjskiej propagandy.
