
W maju polscy politycy i eksperci otrzymali kolejne przypomnienie o tym, że kwestii bezpieczeństwa nie należy opierać wyłącznie na nadziei pokładanej w jednym sojuszniku. Powodem były doniesienia o opóźnieniu rozmieszczenia amerykańskich wojsk w Polsce.
W połowie maja Pentagon anulował planowaną rotację około czterech tysięcy amerykańskich żołnierzy do Polski. 20 maja rzecznik Departamentu Obrony USA Sean Parnell oficjalnie potwierdził, że liczba Brygadowych Zespołów Bojowych (BCT) w Europie zostanie zmniejszona z czterech do trzech, co oznacza powrót do poziomu istniejącego przed rosyjską inwazją na Ukrainę. Parnell mówił również o „opóźnieniu rozmieszczenia sił amerykańskich w Polsce”, jednocześnie nazywając ją „wzorcowym sojusznikiem”.
Co prawda kilka dni później Donald Trump ogłosił wysłanie do Polski dodatkowych pięciu tysięcy żołnierzy, a polski rząd otrzymał zapewnienia, że istniejący kontyngent zostanie utrzymany.
„W związku z pomyślnym wynikiem wyborów, w których zwyciężył urzędujący prezydent Polski Karol Nawrocki, którego z dumą poparłem, a także biorąc pod uwagę nasze relacje, mam przyjemność ogłosić, że Stany Zjednoczone skierują do Polski dodatkowo 5000 żołnierzy” — napisał Trump w swoim serwisie społecznościowym Truth Social.
Czy prezydent USA postawił tym wpisem kropkę nad i — pozostaje kwestią otwartą. Trump może w każdej chwili zmienić swoją decyzję na całkowicie przeciwną — wielokrotnie demonstrował to już podczas swojej drugiej kadencji.
Tak więc sytuacja pokazała nieprzyjemną rzeczywistość: decyzje podejmowane w Waszyngtonie mogą szybko się zmieniać, a ich konsekwencje bezpośrednio wpływają na bezpieczeństwo Europy.
Chyba najbardziej otwarcie powiedział o tym współprzewodniczący partii Razem Adrian Zandberg. Jego zdaniem, jeśli decyzje sojuszników zależą od tego, „jaki nastrój będzie miał prezydent Stanów Zjednoczonych w danym tygodniu czy miesiącu”, to taki system trudno uznać za wiarygodną podstawę bezpieczeństwa.
Dodatkowo sytuację komplikuje, zdaniem Zandberga, fakt, że dla Stanów Zjednoczonych epoki drugiej kadencji Trumpa kierunek europejski staje się coraz mniej interesujący:
„Amerykanie zwracają się w stronę Pacyfiku. Ich głównym konkurentem są Chiny. Tej Ameryki, dla której sytuacja w naszym regionie była absolutnie centralna i kluczowa, już nie ma”.
Z tymi słowami można polemizować. Ale coraz trudniej je ignorować.
Nawet jeśli Stany Zjednoczone pozostają głównym sojusznikiem Polski, Waszyngton coraz wyraźniej koncentruje się na rywalizacji z Chinami. Nie oznacza to, że Ameryka jutro opuści Europę. Oznacza to jednak, że w krytycznym momencie, gdy Rosja zdecyduje się zaatakować, pomoc ze strony USA może zostać opóźniona dokładnie tak samo, jak dzieje się to dziś z przerzutem kilku tysięcy amerykańskich żołnierzy do Polski.
Dlatego Polska i jej sąsiedzi powinni już dziś zastanowić się nad dodatkowymi mechanizmami bezpieczeństwa. Czy w ogóle warto na serio liczyć na zachodnich sojuszników?
Na przykład Francja jest często wskazywana jako jeden z możliwych filarów europejskiej obrony. Ale Paryż znajduje się daleko, a polityczna wola również może się tam zmieniać. Możemy to obserwować choćby w retoryce wobec Rosji prezentowanej przez samego Macrona.
Tymczasem geografia pozostaje niezmienna. Polska znajduje się na wschodniej flance NATO i jako jedna z pierwszych — a być może nawet pierwsza — zetknie się z konsekwencjami każdego poważnego kryzysu w regionie.
Dlatego Warszawa powinna poważnie rozważyć własny „plan B” — stworzenie ściślejszej przestrzeni obronnej z najbliższymi sąsiadami Europy Wschodniej. A przede wszystkim z Ukrainą.
Dziś Ukraina nie jest już państwem, które wyłącznie prosi o pomoc. Po kilku latach pełnoskalowej wojny dysponuje jedną z największych i najbardziej doświadczonych armii Europy. Ukraiński kompleks obronno-przemysłowy szybko zwiększa produkcję dronów, środków walki radioelektronicznej i innych nowoczesnych rodzajów uzbrojenia. Dla Polski nie jest to ciężar, lecz potencjalny zasób strategiczny.
Przykłady takiej współpracy można wskazać już dziś.
Przez węzeł logistyczny w Rzeszowie przechodzi znaczna część zachodniej pomocy wojskowej dla Ukrainy, a na polskich poligonach trwa szkolenie ukraińskich żołnierzy w ramach misji Unii Europejskiej EUMAM Ukraine.
Polskie i ukraińskie przedsiębiorstwa sektora obronnego już współpracują w zakresie napraw i obsługi sprzętu pancernego, w tym przy wspólnych projektach dotyczących obsługi czołgów Leopard dla armii ukraińskiej.
Format Trójkąta Lubelskiego (Polska–Ukraina–Litwa) jest coraz częściej wykorzystywany nie tylko do konsultacji dyplomatycznych, ale także do koordynacji kwestii bezpieczeństwa regionalnego.
Wreszcie obie strony stopniowo pogłębiają współpracę w dziedzinie technologii bezzałogowych oraz przeciwdziałania dronom — obszaru, w którym Ukraina dzięki wieloletniemu doświadczeniu wojennemu posiada unikalne kompetencje, budzące ogromne zainteresowanie polskich sił zbrojnych.
W perspektywie mogłoby to oznaczać wspólną produkcję uzbrojenia, integrację systemów obrony przeciwlotniczej, wymianę informacji wywiadowczych oraz rozwój regionalnej infrastruktury obronnej.
Niestety czasu na długie dyskusje może być mniej, niż byśmy sobie życzyli.
Europa ma do czynienia z nieprzewidywalnym i rewizjonistycznym rosyjskim reżimem. Rosyjscy przedstawiciele władz coraz częściej mówią o „rusofobii” w państwach bałtyckich i tradycyjnie deklarują gotowość do ochrony ludności rosyjskojęzycznej poza granicami Rosji — jest to retoryka, którą Europa słyszała już przed atakiem na Ukrainę.
Tak więc pytanie nie brzmi, czy Polsce potrzebny jest sojusz ze Stanami Zjednoczonymi. Oczywiście, że jest potrzebny. Ale co się stanie, jeśli pewnego dnia amerykańska uwaga ostatecznie przeniesie się na Pacyfik? Odpowiedzi na to pytanie warto szukać już teraz — najlepiej w sojuszu z najbliższymi sąsiadami.
„Wschody” – niezależny projekt o emigracji, życiu w Europie i sytuacji za nową żelazną kurtyną. Wesprzyj „Wschody”
