
W cieniu rotacji administracji w Waszyngtonie i rosnącej presji na negocjacje pokojowe – Europa Wschodnia zmaga się z fundamentalnym pytaniem o swoją przyszłość: czy pokój na Ukrainie może być trwały, jeśli nie oprze się na nienaruszalnych zasadach prawa międzynarodowego i solidnych gwarancjach bezpieczeństwa? Odpowiedź jest jednoznaczna: nie.
Trwały pokój nie może być złudzeniem zamrożonego konfliktu, w którym ofiara agresji ponosi koszty terytorialne za chwilowy rozejm, a agresor zbiera owoce bezkarności. Musi on być zakorzeniony w prawie międzynarodowym – tym samym, które po II wojnie światowej miało chronić słabszych przed dominacją silniejszych – oraz w realnych mechanizmach odstraszania, uniemożliwiających powtórkę z tragicznych lekcji historii.
Dla Polski, położonej na pierwszej linii geopolitycznego frontu, ta kwestia ma wymiar egzystencjalny. Zmiana w Białym Domu, gdzie administracja prezydenta Trumpa sygnalizuje gotowość do szybkiego porozumienia z Moskwą, budzi echo Jałty z 1945 roku, gdy wielkie mocarstwa podzieliły Europę bez konsultacji z mniejszymi narodami, lub Monachium z 1938 roku, gdzie appeasement wobec Hitlera miał kupić pokój, a przyniósł jedynie eskalację. W 2026 roku, po czterech latach wojny na Ukrainie, gdy dyskusje o kompromisach terytorialnych nabierają tempa, Polska nie może pozostać bierna. Jako członek NATO i UE, gospodarz milionów ukraińskich uchodźców i cel hybrydowych zagrożeń ze strony Kremla, Warszawa ma moralny i strategiczny obowiązek żądać, by pokój nie stał się preludium do kolejnej burzy.
Prawo międzynarodowe jako fundament trwałego pokoju
Rosyjska inwazja na Ukrainę w lutym 2022 roku nie była jedynie aktem agresji wobec jednego państwa – stanowiła frontalny atak na porządek międzynarodowy ustanowiony po 1945 roku. Karta Narodów Zjednoczonych, przyjęta w San Francisco z nadzieją na świat wolny od wojen aneksyjnych, w artykule 2 jasno nakazuje państwom powstrzymanie się od użycia siły przeciwko integralności terytorialnej innych. Tymczasem Kreml, anektując Krym w 2014 roku i okupując wschodnie obwody Ukrainy, usiłuje dokonać rewizji granic siłą – coś, co świat potępił w przypadku hitlerowskich Niemiec czy stalinowskiego ZSRR.
Dla Polski rewizja porządku międzynarodowego przez Rosję ma wymiar egzystencjalny. Kraj ten dwukrotnie w XX wieku utracił niepodległość właśnie w wyniku pogwałcenia prawa międzynarodowego: w 1939 roku wskutek paktu Ribbentrop-Mołotow, a w 1945 roku na skutek jałtańskich uzgodnień, które oddały Polskę w strefę wpływów Moskwy. Dlatego obrona integralności terytorialnej Ukrainy nie jest jedynie wyrazem solidarności z sąsiadem – stanowi bezpośrednią obronę własnego bezpieczeństwa. Jeśli dojdzie do „zamrożenia” konfliktu z uznaniem rosyjskich zdobyczy terytorialnych – jak sugerują niektóre głosy w Waszyngtonie – powstanie niebezpieczny precedens. Autorytarne reżimy na całym świecie, od Pekinu po Teheran, wyciągną wniosek, że agresja popłaca, o ile uda się przetrwać presję sankcji.
Moralny wymiar tej kwestii jest równie pilny. Pokój narzucony Ukrainie kosztem terytorium – na przykład uznanie okupacji Donbasu czy Krymu – oznaczałby nagrodę dla agresora i karę dla ofiary. Agresja Putina to nie tylko wojna terytorialna, lecz ideologiczna krucjata przeciwko demokracji, przypominająca w polskim kontekście „pokój” po Powstaniu Warszawskim, gdy alianci zaakceptowali stalinowską dominację jako fait accompli. W erze globalnych autorytaryzmów ustępstwa wobec Rosji osłabią nie tylko Ukrainę, ale całą demokratyczną Europę.
Jednak samo prawo międzynarodowe, pozbawione mechanizmów egzekucji, pozostaje martwą literą. Karta ONZ obfituje w wzniosłe deklaracje, lecz bez Rady Bezpieczeństwa zdolnej do działania – sparaliżowanej rosyjskim wetem – traci skuteczność. Dlatego niezbędne jest przejście do gwarancji bezpieczeństwa: pokój musi być nie tylko zgodny z prawem, ale też chroniony siłą.
Od Budapesztu 1994 do Monachium 2026 – lekcje z historii
Budapeszteńskie memorandum z 1994 roku, w którym Ukraina zrezygnowała z arsenału nuklearnego w zamian za gwarancje bezpieczeństwa od Rosji, USA i Wielkiej Brytanii, służy jako ostrzeżenie przed pustymi obietnicami. Brak realnych instrumentów egzekucji – wojskowych, ekonomicznych czy prawnych – umożliwił Kremlowi bezkarne naruszenia. Dziś, po Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa 2026, gdzie dyskutowano o ewentualnym rozmieszczeniu sił pokojowych i gwarancjach NATO, nie możemy powtórzyć tego błędu. Gwarancje muszą być wiarygodne: nie papierowe deklaracje, lecz obecność wojsk, systemy obronne i długoterminowe zobowiązania.
Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski podkreślał to już w 2024 roku:
„Musimy podjąć te kroki nie po to, by eskalować wojnę na Ukrainie, lecz by zapobiec jeszcze większemu konfliktowi globalnemu… Tylko jeśli pozostaniemy zdeterminowani, możemy zrobić trzeci krok do zwycięstwa i osiągnąć pokój przez siłę”
Koncepcja „pokoju przez siłę” – peace through strength – to jedyny język zrozumiały dla Kremla. Wzmocnienie sojuszy NATO, dostawy broni i integracja Ukrainy z UE to nie eskalacja, lecz inwestycja w stabilność, która odstraszy przyszłe agresje.
Podobnie premier Donald Tusk ostrzegał pod koniec 2025 roku:
“Oczywiste, że ta ewentualna zgoda [na ustępstwa terytorialne] musi być uwarunkowana realnymi, wiarygodnymi gwarancjami bezpieczeństwa dla Ukrainy po ewentualnym zawarciu pokoju“
Nawet hipotetyczne kompromisy, takie jak neutralność Ukrainy czy demilitaryzacja granicy, nie mogą być akceptowalne bez twardych zabezpieczeń: obecności wojsk NATO na wschodniej flance, bilateralnych traktatów amerykańskich czy pełnego członkostwa Kijowa w Sojuszu Atlantyckim. Bez tego pokój okaże się jedynie pauzą, a Rosja – jak w przypadku Gruzji w 2008 roku czy Mołdawii – wykorzysta słabość do dalszej ekspansji.
Rola Polski w tym procesie jest pivotalna. Polska, jako kraj ponoszący najwyższą cenę wojny – zarówno gospodarczą, jak i społeczną – ma pełne prawo i moralny obowiązek domagać się miejsca przy stole negocjacyjnym. Europa, z Polską na czele, nie może być biernym obserwatorem amerykańsko-rosyjskich układów. Wzmocnienie wschodniej flanki NATO, wspólne fundusze na odbudowę Ukrainy i europejskie gwarancje bezpieczeństwa to nie tylko pragmatyzm, lecz moralny imperatyw.
Polska perspektywa i przyszłość Europy
Dla Polski, od wieków strażnika wschodniej bramy Europy, wojna na Ukrainie to bezpośrednie wyzwanie egzystencjalne. Hybrydowe ataki Kremla – od dezinformacji w mediach społecznościowych po szpiegostwo i sabotaż na granicy – przypominają o ciągłym ryzyku. W 2025 roku odnotowano wzrost incydentów cybernetycznych wymierzonych w polskie instytucje, co eksperci wiążą z rosyjskimi próbami destabilizacji. Z drugiej strony, konflikt stworzył szanse: wzmocnienie wschodniej flanki NATO, z nowymi bazami w Polsce i wydatkami obronnymi sięgającymi 4% PKB w 2026 roku, czyni nas kluczowym graczem w Sojuszu. To nie tylko militarne umocnienie, lecz okazja do budowania regionalnego przywództwa w Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie Polska, wraz z krajami bałtyckimi i Ukrainą, może tworzyć blok odporny na autorytarne wpływy.
Prognoza bez realnych gwarancji bezpieczeństwa jest ponura. Jeśli negocjacje zakończą się słabym porozumieniem – bez obecności wojsk NATO na Ukrainie czy gwarancji nuklearnych – Kijów pozostanie strefą niestabilności. To bezpośrednio zagraża Polsce i krajom bałtyckim: niestabilna Ukraina to otwarta brama dla rosyjskiej ekspansji, jak w przypadku aneksji Krymu, która zachęciła do dalszych agresji. Bez europejskich gwarancji, w tym funduszy na odbudowę i integrację z UE, region stanie się „szarą strefą”, gdzie hybrydowe zagrożenia będą codziennością.
Zakończenie
Trwały pokój na Ukrainie nie może być jedynie zbiorem map, podpisów i dyplomatycznych gestów – musi być zakorzeniony w prawie międzynarodowym, chroniącym słabszych, oraz w realnych gwarancjach bezpieczeństwa, odstraszających agresorów. Lekcje z Budapesztu, Jałty czy Monachium pokazują, że pokój bez siły to iluzja, a sprawiedliwość bez egzekucji – puste słowo. W obliczu świata, gdzie autorytarne reżimy testują granice demokracji, Europa nie może pozwolić sobie na naiwność.
Apel jest jasny: Europa musi przejąć większą odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo, inwestując w gwarancje dla Ukrainy – od wojskowych po ekonomiczne. Polska, z unikalną perspektywą historyczną i strategicznym położeniem, powinna pozostać głosem rozumu i determinacji w Brukseli i Waszyngtonie. Polska nie może pozostać biernym świadkiem – powinna aktywnie kształtować przyszłość, w której agresja nie popłaca.
Historia uczy, że pokój kupiony ustępstwami wobec tyrana nigdy nie trwa długo. W 2026 roku, na progu potencjalnych negocjacji, stoimy przed wyborem: poddać się presji krótkoterminowych rozwiązań czy budować trwały porządek oparty na sprawiedliwości i sile. Wybierzmy to drugie – dla Ukrainy, dla Polski i dla wolnej Europy.
„Wschody” – niezależny projekt o emigracji, życiu w Europie i sytuacji za nową żelazną kurtyną. Wesprzyj „Wschody”
