
Dmitry Spirin należy do tego wąskiego grona rosyjskich muzyków, którzy od 24 lutego 2022 roku nie zawarli żadnego kompromisu ani ze sobą, ani ze swoją publicznością. W tej rozmowie celowo odeszliśmy od standardowych antywojennych oświadczeń, by porozmawiać o tym, jak wojna — gdy staje się głównym wydarzeniem życia — zmienia język wypowiedzi, postrzeganie rzeczywistości i samo poczucie, że artysta jest komuś potrzebny.
Dmitry — były frontman kultowej grupy punkowej „Tarakany!”, która działała przez ponad 25 lat. Zespół zakończył działalność w kwietniu 2022 roku, wkrótce po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Spirin otwarcie potępił wojnę, co doprowadziło do masowego odwoływania koncertów, ryzyka karnego oraz głębokiego rozłamu wewnątrz grupy: część muzyków odmówiła wyjazdu z Rosji i udziału w zagranicznych występach o antywojennym przesłaniu. Sam wyemigrował do Argentyny. W 2026 roku ukazał się jego drugi solowy album „Cudzy” — zbiór antywojennych coverów piosenek autorów pozostających w Rosji, z których wielu zdecydowało się zachować anonimowość. Nasza rozmowa z Dmitrym jest pierwszym wywiadem nowej rubryki „Emigrant emigrantowi” na „Wschody”.
1. O granicy między dawną twórczością a nową rzeczywistością
— Wasze wczesne piosenki często mówiły o wolności, równości i oporze wobec systemu językiem dość prostolinijnym, niemal nastoletnim. Kiedy piszesz teraz — czy czujesz, że ten język wciąż działa, czy też wojna zmusiła cię do szukania nowych intonacji, w których ból i gniew domagają się już nie hasła, lecz czegoś bardziej intymnego i nieodwracalnego?
— Na początek: nie wiedziałem, że użyłem określenia „dość prostolinijny, niemal nastoletni język”. Po prostu pisałem teksty rockowe tak, jak umiałem, jak mogłem, jak wydawało mi się stosowne i cool. To był i jest mój styl — jeśli chcecie, mój twórczy podpis. Nie wybierałem takiej manierki celowo, po prostu wydawało mi się i wciąż się wydaje, że to właśnie jest język rocka. Od początku wojny napisałem zaledwie jedenaście–dwanaście piosenek i nie mogę powiedzieć, żebym podczas ich pisania czy w niewielkiej retrospekcji (od wydania mojego jedynego solowego albumu z autorskimi utworami minęło już półtora roku) zauważał jakieś zmiany w intonacjach. Główna różnica polega na tym, po co, dlaczego i w jakim celu teraz piszę swoje piosenki albo robię covery cudzych. Jeśli wcześniej robiłem to, bo byłem w rockowym zespole, a rockowemu zespołowi „wypada” od czasu do czasu odświeżać repertuar, pisząc i nagrywając nowe rzeczy, to teraz robię to wyłącznie z jednego powodu — dlatego że trwa wojna. Gdyby nie ona, nie zajmowałbym się tym więcej. Gdybym był jednym z moich kolegów-artystów-relokantów, którzy wyjechali z Rosji na początku wojny i po prostu kontynuują karierę, być może szukałbym czegoś nowego: innych intonacji, innego języka, nie wiem czego jeszcze. Ale ja kariery nie kontynuuję. Wylewam z siebie wściekłość, gniew, strach, przerażenie i rozczarowanie, które gromadzą się we mnie każdego dnia od 24 lutego 2022 roku. Faktycznie to może jest właśnie twórczość w czystej postaci: przetapianie w produkt artystyczny uczuć i emocji, które rwą się na zewnątrz z serca — twórcze wyrażanie politycznego stanowiska poprzez piosenki.
2. O pracy z podziemiem i anonimowością w „Cudzych”
— W „Cudzych” w zasadzie stałeś się medium dla tych, którzy zostali w Rosji albo boją się podać swoje nazwisko. Czy nie wydaje ci się, że ta pozycja jest jednocześnie przywilejem i ciężarem: ty możesz mówić głośno, a oni — nie? Gdzie przebiega granica między pomocą podziemiu a niechcącym potwierdzeniem tego, że prawdziwa antywojenna muzyka jest dziś możliwa tylko w cieniu lub na emigracji?
— Mogę mówić głośno, a oni — nie, wszystko się zgadza. Dlatego właśnie zrobiłem ten album — żeby nadać cichym głosom wystarczające wzmocnienie. Co do ciężaru — szczerze mówiąc, nie zrozumiałem. Nie boję się „niechcącego potwierdzenia tego, że prawdziwa antywojenna muzyka jest dziś możliwa tylko w cieniu lub na emigracji”. Po pierwsze, dlatego że to szczera prawda. Po drugie, dlatego że to mówiąca prawda — prawda, która oznacza czas i pomaga go właściwie zrozumieć. Więc nawet jeśli jest tam jakaś granica i ja ją świadomie (lub nie) przekraczam, nie widzę w tym większego problemu.
— Czy były utwory, z których zrezygnowałeś właśnie dlatego, że ich ton lub przesłanie zbyt mocno rozmijały się z twoimi własnymi odczuciami?
— Nie, takich utworów nie było. Były dwa utwory, które ostatecznie odrzuciłem, bo nie chciałem wychodzić poza ramy dziesięcioutworowego albumu.
3. O punk rocku jako narzędziu przeciwko „głębinowemu narodowi”
— Punk zawsze pretendował do tego, by być głosem marginesu i sprzeciwu wobec systemu. Po wszystkim, co się wydarzyło, czy nie czujesz ironii w tym, że znaczna część rosyjskiej sceny punkowej albo się dostosowała, albo przeszła na rejestr militarystyczny albo konformistyczny? Czy twój własny projekt nie zamienia się w rozmowę wewnątrz bardzo wąskiego kręgu — tych, którzy i tak już wszystko zrozumieli?
— Ironię czuję, ale w porównaniu ze wszystkimi innymi ironicznymi momentami, którymi uraczyła nas nasza ojczyzna i społeczeństwo, ten wydaje się jeszcze nie najbardziej rażący. W kraju, w którym bombardowanie pokojowych miast nazywa się „walką z faszyzmem”, legalnie wybraną władzę w innym kraju — „juntą”, siebie — „demokratycznym reżimem”, a każdego, kto próbuje zwrócić na to uwagę — wrogiem społeczeństwa, wcale nie dziwi, że cała ta punkowa społeczność stanęła w karnych szeregach według wzrostu i posłusznie podzieliła się na pierwszy i drugi. I tak, mój projekt to rozmowa wewnątrz wąskiego kręgu. Nie widzę w tym nic zdrożnego.
4. O odpowiedzialności artysty za „niesłyszane”
— W jednej z niedawnych rozmów wspomniałeś o rozczarowaniu: piosenki, które miały zapobiec katastrofie, jej nie zapobiegły. Jak teraz odnosisz się do idei, że sztuka w ogóle jest w stanie coś zmienić w społeczeństwie, które wybrało inną drogę?
— Do tej idei nadal odnoszę się z zaufaniem, ponieważ wszystko, co teraz widzimy w Rosji, to społeczeństwo, które się zmieniło („wybrało inną drogę”) pod wpływem „sztuki”. Po prostu „sztuka” była taka, jaką wybrało to społeczeństwo. Wszystko, w co teraz wierzą „nasi chłopcy” i ich żony, zostało im wszczepione przez seriale, które oglądali, i piosenki, których słuchali. A wszystko to, w co wierzą teraz polityczni relokanci z Rosji w Polsce, Argentynie, Gruzji czy Serbii — to to, co wszczepili w nich moi piosenki i/lub piosenki takich jak ja.
— Czy też dziś ważniejsze dla ciebie jest nie „zmienić”, lecz po prostu nie milczeć — nawet jeśli brzmi to jak rozmowa z samym sobą?
— Dokładnie tak. Nie milczeć, mówić, wylewać się, wyrażać siebie. Może gdyby to był w stu procentach „rozmowa z samym sobą”, robiłbym to mniej energicznie. Ale ponieważ widzę tysiące ludzi, którym te piosenki dają nadzieję, wsparcie, oparcie, pokarm dla duszy i umysłu, to rozumiem, że jest to potrzebne wielu. Z grubsza mówiąc, nie milczę jeszcze i za nich — za wielu z tych, którzy czują tak samo, ale powiedzieć (szczególnie głośno) nie mogą. I są mi za to wdzięczni.
— Czy masz teraz piosenki, których na razie nie decydujesz się wydać właśnie dlatego, że zbyt szczerze odsłaniają tę przepaść?
— Nie, takich nie ma.

5. O postrzeganiu rzeczywistości
— Kiedyś żyłeś w ciągłym napięciu sceny i politycznego pulsu. Teraz — Buenos Aires, inny kontynent, inny język za oknem. Czy czasem nie pojawia się poczucie, że rzeczywistość wokół ciebie stała się nieco mniej prawdziwa, prawie jak po silnej narkozie: wszystko widać wyraźnie, ale dystans między tobą a tym, co się dzieje, się zwiększył? A może przeciwnie — właśnie tutaj, z dala od poprzedniego kontekstu, niektóre rzeczy — wojna, Rosja, twoja własna przeszłość — zaczęły być odczuwane ostrzej i boleśniej?
— Tak, właśnie przeciwnie. Jakieś tydzień–dwa po początku wojny nagle tak mnie przytłoczyło poczucie „prawdziwości” nadchodzącego życia, że do tej pory nie puszcza. Nigdy wcześniej nie czułem się tak żywy, tak realny, istniejący, prawdziwy, potrzebny. Prawie przez całe moje poprzednie życie (i na pewno przez cały okres mojej kariery muzycznej) nie opuszczało mnie dziwne, podskórne poczucie, że jakbym do czegoś się przygotowywał. Do czegoś ważnego, co wydarzy się kiedyś w przyszłości, a na razie bieżące życie to po prostu przedłużona próba generalna. I trochę później zacząłem poważnie się zastanawiać nad tym, że moja działalność muzyczna w rzeczywistości jest zaspokajaniem jakichś moich osobistych egoistycznych ambicji i pragnień, że nikomu (oprócz mnie) nie przynosi szczególnego pożytku (w tym sensie, w jakim pożytek przynosi lekarz czy strażak). Ogólnie przez długi czas żyłem w poczuciu nieprawdziwego życia. Nawet na moim pierwszym solowym albumie „Gorąca wojna” jest piosenka, częściowo o tym:
„Trzy dziesiątki lat
śpiewałem piosenki i tańczyłem
i, jak wszyscy, miałem nadzieję na lepsze.
I wszystko wydawało mi się,
że moje życie to spektakl,
a prawdziwe wydarzy się w przyszłości.
I oto nadeszło,
runął stary świat,
i krwią zachłysnęła się teraźniejszość.
Nagle okazało się, że
dawni buntownicy
nie są warci nawet lichy grosz”.
Więc nieważne, czy jestem w Polsce, czy w Czechach — gdzie wojna jest pod bokiem — czy w Estonii, gdzie Rosja jest za rzeką — moje życiowe odczucie od tego się nie zmienia. Teraz przynajmniej rozumiem, do czego jestem potrzebny.

6. O przyszłości
— Kiedy do Warszawy? Czy w przewidywalnej przyszłości są plany zagrania koncertów w Europie w ogóle i w Polsce w szczególności?
— Tak, właśnie w tych dniach staramy się ostatecznie zabukować jesienną europejską trasę, która będzie poświęcona 35-leciu „Tarakany!”. I oczywiście wyruszyć w taką trasę i nie zagrać w Polsce (nie tylko w Warszawie, ale w Warszawie oczywiście) byłoby dziwne.
Nowy album Dmitry’ego „Cudzy” jest już dostępny na wszystkich najważniejszych platformach streamingowych.
Słuchaj: https://band.link/ds_aliens_pr
„Wschody” – niezależny projekt o emigracji, życiu w Europie i sytuacji za nową żelazną kurtyną. Wesprzyj „Wschody”
