
Zmęczenie wsparciem dla Ukrainy w polskim społeczeństwie to zjawisko naturalne, ludzkie i nieuniknione, narastające po czterech latach wojny toczącej się tuż za granicą. Nie należy go ukrywać ani się go wstydzić – to po prostu reakcja psychiki na nieustanny napływ tragedii: codzienne doniesienia o śmierciach, zniszczeniach, bombardowaniach celów cywilnych i falach uchodźców szukających schronienia.
Po początkowym entuzjazmie solidarności, gdy w 2022 roku Polacy otworzyli serca i domy dla milionów uciekających przed rosyjską inwazją, przychodzi moment, w którym codzienność bierze górę. Zmęczenie nie oznacza zdrady wartości – jest jedynie granicą ludzkiej wytrzymałości, znaną z wielu historycznych konfliktów, od wojen bałkańskich po współczesne kryzysy na Bliskim Wschodzie.
W lutym 2026 roku, w czwartą rocznicę pełnoskalowej rosyjskiej agresji na Ukrainę, ta rzeczywistość staje się mierzalna i nieubłagana. Najnowsze badania CBOS z grudnia 2025 i stycznia 2026 wskazują, że poparcie dla przyjmowania ukraińskich uchodźców spadło do rekordowo niskiego poziomu: zaledwie 48% Polaków popiera ich przyjmowanie, podczas gdy 46% jest przeciw – to najgorsze wyniki od czasu aneksji Krymu w 2014 roku. Sympatia do Ukraińców maleje, a niechęć rośnie do 35–43%, w zależności od sondażu. Ponad połowa respondentów uważa, że wojna powinna zakończyć się nawet kosztem terytorialnych ustępstw Ukrainy na rzecz Rosji, a 50% ocenia skalę pomocy dla uchodźców jako zbyt dużą. Trend spadkowy trwa od połowy 2023 roku, gdy entuzjazm z 94% poparcia w marcu 2022 zaczął topnieć pod wpływem codziennych wyzwań.
Aspekt psychologiczny odgrywa tu kluczową rolę. Cztery lata ekspozycji na obrazy zniszczenia, historie ludzkich dramatów i niepewność to klasyczny przypadek „compassion fatigue” – zmęczenia współczuciem, opisywanego przez socjologów i psychologów. Jak zauważa były prezydent Aleksander Kwaśniewski, zmęczenie wojną to naturalny stan, zrozumiały i ludzki, wynikający z psychicznej wytrzymałości na tragiczne wiadomości. Ludzie mają swoje limity: po tysiącach dni, gdy wojna staje się tłem codzienności, empatia słabnie, a na pierwszy plan wychodzą własne troski. W Polsce, gdzie przyjęto ponad milion uchodźców, to zmęczenie jest wzmocnione przez bliskość konfliktu – Polacy widzą konwoje pomocy i odczuwają napięcia w relacjach społecznych.
Kontekst ekonomiczny tylko pogłębia ten obraz. Wojna podniosła ceny energii, przyczyniła się do inflacji, obciążyła budżet państwa i systemy społeczne. Polacy płacą wyższe rachunki za gaz i prąd, ponieważ rosyjska agresja zakłóciła globalne rynki; szkoły i szpitale odczuwają presję dodatkowego obciążenia; rynek pracy zmienia się pod wpływem napływu pracowników z Ukrainy. To realne koszty – nie abstrakcyjne, lecz codzienne. Zmęczenie jest ostrzejsze niż w Berlinie czy Paryżu, ponieważ Polska znajduje się na pierwszej linii: jako bufor między Wschodem a Zachodem, bezpośrednio dotyka jej każdy etap konfliktu. Właśnie ta bliskość przypomina, dlaczego nie można sobie pozwolić na zapomnienie. Wojna w Ukrainie to nie odległy kryzys – to zagrożenie dla własnej stabilności Polski, dla bezpieczeństwa budowanego od 1989 roku.
I tu dochodzimy do sedna: to zmęczenie nie jest słabością, lecz ceną, którą demokracje muszą płacić, by autorytarne reżimy nie dyktowały reguł gry na kontynencie. Polska, jako najbliższy sąsiad i historyczny bufor, ponosi tę cenę ostrzej niż inni – i właśnie dlatego rozumie lepiej niż ktokolwiek, co oznacza kapitulacja przed agresorem. Zmęczenie jest faktem, ale nie może stać się pretekstem do rezygnacji z zasad. To test dojrzałości narodu i całej Europy.
Zachować bezpieczeństwo kraju – to nie jest łatwe. Trzeba czymś poświęcać
Bezpieczeństwo państwa nigdy nie jest dane raz na zawsze; wymaga ciągłych wyrzeczeń i decyzji, które bolą w krótkim terminie, ale chronią w długim. Jeśli Rosja zwycięży lub wymusi zamrożenie konfliktu na własnych warunkach, będzie to sygnał dla innych dyktatorów: Chin, Iranu czy Korei Północnej. Agresja się opłaca, a słabość Zachodu zachęca do dalszych kroków. Polska, jako historyczny bufor między Wschodem a Zachodem, stanie się pierwszą w kolejce – podobnie jak w 1939 roku.
Ustępstwa wobec agresora nie kończą wojen, lecz je przedłużają. Przypomnijmy Monachium 1938: Wielka Brytania i Francja, zmęczone kryzysami, zgodziły się na aneksję Sudetenlandu przez Hitlera, wierząc w „pokój na nasze czasy”. Czechosłowacja, osłabiona utratą umocnień granicznych, padła rok później bez walki. Paralela z Ukrainą jest uderzająca: Rosja, zachęcona sukcesem, nie zatrzyma się – jej neoimperialne ambicje sięgają dalej, w stronę krajów bałtyckich, Mołdawii, a nawet Polski. Zmęczenie wojną może skusić do kompromisu, ale taki „pokój” jest iluzją, jak pokazały doświadczenia z appeasementem w latach 30. XX wieku.
Dla postsowieckich społeczeństw to etyczny imperatyw: wspieranie Kijowa to nie charytatywność, lecz obrona własnej godności. Polacy wiedzą z historii, co oznacza życie pod dyktatem Moskwy – od zaborów po okres stalinowski. Moralny aspekt jest tu kluczowy. Wojna Putina to nie tylko terytorialny spór, lecz atak na samą ideę demokracji: wolne wybory, prawa człowieka, suwerenność. Jeśli Europa ulegnie zmęczeniu, podważy własne fundamenty. To test dla demokracji – czy wytrzyma presję dłużej niż autokracja swoją żądzę rewanżu? Płacąc cenę zmęczenia, Polska broni nie tylko Ukrainy, lecz całego porządku, w którym małe narody nie są pionkami wielkich mocarstw.
Rząd polski wybiera drogę trudną, ale właściwą
W obliczu rosnącego zmęczenia wojną polski rząd wybiera ścieżkę wymagającą, ale słuszną – nie poddaje się fali populizmu, lecz buduje długoterminową strategię bezpieczeństwa. To dowód dojrzałości: признаwać problem, ale nie ulegać mu, skupiając się na tym, co chroni naród przed realnymi zagrożeniami. Premier Donald Tusk konsekwentnie podkreśla, że Polska musi wzmacniać własną obronę niezależnie od rozwoju frontu ukraińskiego:
„Musimy być gotowi bronić się sami, nie tracąc ani godziny w wyścigu po nowoczesną armię”.
Mimo nadziei na szybki pokój dzięki gwarancjom USA, Tusk ostrzega przed prorosyjskimi nastrojami, które Kreml podsyca, by podzielić społeczeństwo.
Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski idzie dalej:
„Jeśli będziemy wspierać Ukrainę przez jeszcze rok, dwa, to Ukraina może być w lepszej pozycji negocjacyjnej”.
Sikorski podkreśla rolę Polski w NATO i UE, naciskając na dywersyfikację energetyki i wzmocnienie wschodniej flanki. Rząd nie unika trudnych decyzji: kontynuuje dostawy broni mimo kosztów; inwestuje w armię, podnosząc wydatki na obronę; wspiera integrację Ukrainy z Zachodem, widząc w tym gwarancję własnego bezpieczeństwa. To kontrast z populistycznymi głosami, które eksploatują zmęczenie, podsycając antyukraińskie narracje dla doraźnych zysków wyborczych. Jak mówi Tusk, „politycy powinni powstrzymywać falę wrogości, a nie iść z nurtem”.
Co dalej? Refleksja o cenie i nadziei
Zmęczenie wojną nie jest końcem solidarności – to jej próba ogniowa. Polska przechodzi ten test lepiej niż wielu, bo pamięta, że wolność nigdy nie jest darmowa. Z doświadczeń historycznych wiadomo, ile kosztuje obrona godności – od Powstania Warszawskiego po Solidarność. Te rozważania prowadzą do wniosku: w chwilach słabości warto przypomnieć sobie, dlaczego trwa walka – nie z nienawiści, lecz z miłości do wolności.
Prognoza jest ostrożna, ale nadzieja realna: jeśli Zachód, z Polską na czele, wytrzyma presję, Rosja prędzej czy później natknie się na własne granice – ekonomiczne, demograficzne i wewnętrzne sprzeczności. Pokój nadejdzie nie przez ustępstwa, lecz przez konsekwencję. W przeciwnym razie Europa ryzykuje powtórkę z autorytarnych tendencji XX wieku, gdzie zmęczenie prowadziło do kapitulacji, a ta – do większych tragedii.
„Wschody” – niezależny projekt o emigracji, życiu w Europie i sytuacji za nową żelazną kurtyną. Wesprzyj „Wschody”
